Tekst pierwotnie ukazał się 16 lutego 2008 roku na łamach serwisu GRY-OnLine.pl.
Obyś żył w ciekawych czasach – głosi starochińska klątwa wypowiadana pod adresem kogoś, komu życzymy źle, “ciekawe czasy” określają bowiem w tym przypadku okres kryzysu, w którym następują burzliwe zmiany na gorsze. I choć jestem przekonana, że wielu z nas z takim obrazem aktualnego stanu gier się zgodzi, to abstrahując od pozytywnego czy negatywnego wydźwięku zmian trudno zaprzeczyć, że zaiste w ciekawych czasach żyjemy. To na naszych oczach odbywa się od kilku lat jeśli nie rewolucja, to przynajmniej gwałtowna ewolucja nie tylko samej branży elektronicznej rozrywki – która wciąż rozrasta się tworząc ogromny, wart coraz większe pieniądze przemysł – ale też roli i sposobu postrzegania gier w społeczeństwie i kulturze. Choć oczywiście wiele jeszcze przed nami, to naprawdę przyjemnie jest obserwować, jak coraz większa liczba tytułów zyskuje powszechne uznanie jako produkcje nie tylko zapewniające świetną rozrywkę, ale też niepozbawione głębszych walorów artystycznych czy poznawczych. W dodatku serce rośnie, gdy patrzymy – choć wielu graczy zapewne się z tym nie zgodzi, uznając ten stan rzeczy za profanację – jak osoby, które wcześniej z grami nie miały/nie chciały mieć nic wspólnego, coraz częściej po nie sięgają, traktując granie jako równorzędny z innymi sposób na spędzanie wolnego czasu.
Ewolucja ta skutkuje przeobrażeniami na każdym polu wchodzącym w skład branży elektronicznej rozrywki: wraz z większym zróżnicowaniem grup odbiorców gier i ich potrzeb zmieniło się podejście producentów, wydawców i dystrybutorów. Pewnym wyjątkiem na tym tle jawią się natomiast branżowe media.
W “dawnych” czasach – piętnaście, dziesięć lat temu – gracze i osoby piszące o grach w tematycznych magazynach i serwisach (nigdzie indziej o grach się wówczas nie pisało) należały generalnie do w miarę homogenicznej grupy ludzi posługujących się tym samym językiem, mających podobne doświadczenia, w lot chwytających zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych żarty i nawiązania i oczekujących od gier mniej więcej tego samego. Dziś pewnie nazwalibyśmy ich hardcore’owcami.
Wraz ze wzrostem znaczenia segmentu casual pojawiły się pewne dysproporcje. Dziennikarz recenzujący kolejny dodatek do Simsów, Cooking Mamę czy Wii Sports często jest już zupełnie inną osobą niż potencjalny nabywca tych gier. W tej sytuacji prawdziwego profesjonalizmu wymaga odłożenie na bok swoich preferencji i ocenienie danej produkcji z punktu widzenia potrzeb i oczekiwań docelowej publiczności. Dobry krytyk filmowy potrafi docenić i rzetelnie zrecenzować Gwiezdne Wojny na przykład, mimo że sam nie znosi fantastyki we wszelkiej postaci. Jednocześnie nie będzie ganił tych filmów za brak głębokich portretów psychologicznych bohaterów, bo doskonale wie, że ich konwencja jest całkiem inna.
W przypadku recenzji gier nie zawsze jest to tak oczywiste: a to produkcja dla dzieci zbiera od dziennikarza cięgi za to, że jest (z jego punktu widzenia) za prosta, a to tytuł przeznaczony dajmy na to dla kobiet po 40. krytykowany jest za brak podnoszących poziom adrenaliny wyzwań, a to Wii Sports obrywa za słabą oprawę graficzną. Przykładanie tej samej miary do wszystkich produkcji prowadzi do takich właśnie absurdów. A już na pewno nieporozumieniem jest stosowanie zawsze tej samej skali oceniania (gdzie dana nota jest często wypadkową cząstkowych ocen za grafikę, muzykę i grywalność). Ale jak inaczej recenzować mogą te gry ludzie, dla których (według wyczytanych w jednym z magazynów słów) elektroniczna rozrywka to nie hobby, tylko styl życia? Jak hardcore’owcy mogą znaleźć wspólny język z miłośnikami produkcji typu casual? Spróbujmy posadzić przy jednym stole oddanego słuchacza wiadomej rozgłośni radiowej i “wierzącego niepraktykującego”. Oboje uważają się za katolików, ale trudno im będzie się dogadać, bo pierwszy uzna drugiego za profana, a drugi pierwszego – za fanatyka. Z graczami jest podobnie.
Na jaką skalę w polskich mediach branżowych ten problem występuje, pozostawiam waszej ocenie. Nie czuję się odpowiednią osobą do strofowania rodzimych czasopism i stron internetowych poświęconych grom, wypowiadać się o serwisie, w którym publikowane są te słowa, również mi nie wypada. Aby jednak unaocznić, do jakich niedorzeczności w ogóle może w tej kwestii dochodzić, pozwolę sobie przytoczyć przykład zza granicy. Jeden z najpopularniejszych amerykańskich magazynów o grach Electronic Gaming Monthly postanowił nie zamieszczać recenzji Endless Ocean, przeznaczonej na Wii produkcji, w której gracz wciela się w rolę nurka eksplorującego podmorskie głębiny. W samym tym fakcie nie ma oczywiście nic dziwnego (redakcja ma prawo decydować o tym, jakie tytuły zrecenzuje), tego samego nie da się natomiast powiedzieć o argumentacji: otóż Endless Ocean w opinii redaktorów magazynu w ogóle nie zasługuje na miano gry, ponieważ nie zawiera niebezpieczeństw, konfliktów, wrogów, przeszkód ani pasków energii. Czy trzeba cokolwiek dodawać?

The Sims 2: Holiday Edition w serwisie Metacritic.com. Średnia ocen recenzentów: 48/100. Średnia ocen graczy: 8,5/10.
W porządku, powie ktoś. Ponieważ i tak wiemy, że oceny w prasie i wyniki sprzedaży są często zupełnie od siebie niezależne, arogancja i ignorancja niektórych pismaków drażni co najwyżej garstkę wrażliwców, którzy chcieliby, by o grach pisali ludzie potrafiący spojrzeć na nie z dystansu i osadzić je w pewnym kontekście, a nie osoby, które po prostu ukończyły w życiu wiele tytułów. Zgoda. Ale problem polega przede wszystkim na tym, że media branżowe wciąż tkwią w czasach sprzed przełomu, który zainicjowała na początku wieku ogromna światowa popularność Simsów, podsyciło upowszechnienie dostępu do internetu i wraz z nim prostych flashówek, a dokończyło Nintendo ze swoimi bestsellerowymi konsolami NDS i Wii. Media branżowe wciąż, nieco uogólniając, pisane są przez hardcore’owców i dla hardcore’owców. I w tym sensie rzeczywiście pewną naiwnością byłoby oczekiwanie, że wyjdą poza hardcore’owy punkt widzenia. Czy w takim razie rozwiązania można by upatrywać w stworzeniu mediów przeznaczonych specjalnie dla graczy typu casual, z recenzjami pisanymi przez osoby o podobnych preferencjach? Brzmi rozsądnie, ale mimo wszystko wątpliwe wydaje się, że osoba, dla której granie nie jest specjalnie ważne, zainteresuje się pismem czy serwisem wyłącznie o grach.
Ale jest jeszcze powód inny, bardziej prozaiczny i zarazem ważniejszy, dla którego media takie nie miałyby racji bytu. Kathy Vrabeck, szefowa oddziału EA Casual, powiedziała niedawno, że przestała się przejmować recenzjami gier, ponieważ miłośnicy produkcji typu casual i tak ich nie czytają. Otóż to. Potencjalny nabywca takich gier jak The Sims 2: Czas wolny czy Mario Party 8 – i to różni go od pozostałych graczy – nie sprawdza, jakie oceny wystawili im recenzenci, bo w ogóle nie uwzględnia tego czynnika przed dokonaniem zakupu.
Z drugiej strony nie jest przecież tak, że produkcjami typu casual w ogóle nie interesują się hardcore’owcy. Ojciec rodziny może zagrywać się w Call of Duty, Gears of War czy World of Warcraft, a potem odpalić Wii i wspólnie z dziećmi pomachać przed ekranem pilotem. Gdzie taka osoba ma dowiedzieć się, który tytuł warto kupić? Skoro wiadomo już, że nie ma raczej sensu tworzyć specjalnych magazynów o grach casual, to może jednak zamieszczać ich recenzje w “tradycyjnych” mediach branżowych, tylko zastosować do nich odmienną skalę ocen? I zatroszczyć się o redaktorów, którzy umiejętnie i adekwatnie ocenią je z uwzględnieniem specyfiki grupy docelowej? Mrzonka? A może jest inne rozwiązanie?
Problem recenzowania gier, podejścia do recenzji gier, jest daleko bardziej skomplikowany niż można by sądzić. Składa się na to cała masa czynników.
Po pierwsze, czy recenzenci gier w ogóle potrafią pisać o grach po polsku? Bez używania nic nie mówiących normalnemu człowiekowi sformułowań typu, slasher, beatem-up, platformówka (!), FPS, RTS itd. itp. To samo tyczy się formułowania myśli w sposób jasny, przejrzysty i bez zmory polskich recenzji, czyli grafomańskich metafor, sytuujących takiego recenzenta pod drogowskazem „Pacanów – 200”. Jest to bardzo ważne, bo w recenzowaniu czegokolwiek nie chodzi o to, o czym piszesz, a więc żeby wchodzić w cudze buty.
Przykład z Gwiezdnymi Wojnami jest delikatnie mówiąc nietrafiony. Bycie krytykiem filmowym, czyli recenzowanie i ocenianie filmów, nie ma nic wspólnego z lubieniem czy nielubieniem danego gatunku. Kinematografia jest jedna, nie można ocenić filmu w kategoriach – słaby film ale fanom gatunku się spodoba, albo słaby film ale ma świetne efekty specjalne. To nie jest krytyka filmowa, tylko rozmowy widzów.
Bycie krytykiem filmowym, to znajomość historii kina, prądów dominujących w kinematografii itd. itp. To samo tyczy się z grami. Dobry recenzent ocenia grę, taką jaka ona jest (oczywiście przefiltrowując to przez własne, subiektywne odczucia). Nie ocenia gry przez pryzmat gatunku do którego należy, czy tego, że choć jemu się nie spodoba, to spodoba się innym. Po to jest recenzentem, czytając jego tekst albo się z nim zgadzam, albo nie i ew. podejmuje jakąś polemikę. Zastanawiam się nad sensownością argumentów itd. itp.
Kolejna sprawa, to kwestia konstrukcji samej recenzji. Czy dobra recenzja, to taka w której z encyklopedyczną precyzją wylicza się wszystko, co gra ma do zaoferowania, omawia się każdy tryb dostępny w grze itd. itp.? Od tego jest wikipedia, albo informacje prasowe udostępniane przez producenta. Recenzent musi uchwycić, to czy warto, czy nie w daną grę zagrać. Musi umieć odpowiedzieć na pytanie czy gra jest dobra (albo zła). Wiadomym jest, że każda gra znajdzie tyle samo przeciwników, co zwolenników. Recenzent to ktoś, kto oprócz grania w gry, potrafi pisać poprawnie po polsku, jasno i precyzyjnie formułować swoje myśli i przede wszystkim mieć nieco szersze horyzonty. W moim przekonaniu znajomość literatury, filmu, muzyki jest obowiązkowa.
Oczywiście to o czym piszę, to utopia. Cóż, ja jestem raczej idealistą w tym temacie, wierzę, że dziennikarzem piszącym o grach staje się z przekonania, a nie z łapanki na korytarzu.
Dobra recenzja, to taka, którą przeczyta hardkorowy gracz, jak i gracz niedzielny i każdy z nich zrozumie, o czym mówi autor recenzji. To też warunek sine qua non, równouprawnienia gier z innymi dziedzinami kultury.
Aha, problem „daną grę platformową zrecenzował człowiek od FPS-ów”, to rzecz wymyślona przez piarowców producentów gier, tylko po to by umniejszyć wartość recenzji, która krytykuje dany tytuł.
Przez: Jules w luty 18, 2008
o 0:15
Dzięki za komentarz. Rozumiem twoje rozgoryczenie jakością wielu recenzji gier i częściowo je podzielam, ale ponieważ jest to temat szerszy i to nie ogólnego stanu dziennikarstwa growego (niech będzie) dotyczył mój tekst, pozwolę sobie w odpowiedzi skupić się na konkretnym problemie, który chciałam poruszyć, mianowicie: jak i przez kogo recenzowane powinny być gry typu casual?
Piszesz:
Cóż, moje zdanie jest jednak nieco inne. Bycie recenzentem wymaga poza wieloma innymi umiejętnościami również zdolności rozpoznania konwencji danego dzieła i ocenienia go przez pryzmat tejże konwencji. Jeśli chodzi o filmy, inną miarą ocenia się komedie romantyczne, inną dramaty psychologiczne, a jeszcze inną filmy z Stevenem Seagalem na przykład ;) Pierwsze można krytykować za brak śmiesznych scen, drugie i trzecie już trudno, i tak dalej. Na to pozwala właśnie znajomość historii kinematografii, jej prądów, stylów, o której piszesz.
Z grami powinno być podobnie. Jak można na przykład napisać, że Wii Sports jest grą gorszą od Madden NFL 07, bo ma słabszą grafikę? Toż to zupełnie inna bajka, inne przeznaczenie, inna docelowa publiczność. Recenzent musi mieć tego świadomość. Osobiście może nie interesować się w ogóle grami na Wii, ale powinien potrafić docenić, czy konkretna gra na tę konsolę jest dobra z punktu widzenia jej potencjalnego nabywcy.
Inna sprawa, że – i o tym właśnie również napisałam – jeszcze lepiej byłoby, gdyby recenzent gier typu casual osobiście się nimi interesował, sporo w nie grał, był ich znawcą. Wtedy ma większą wiedzę i doświadczenie, by rzetelnie daną grą ocenić. Ale ponieważ media branżowe tworzą “od zawsze” przede wszystkim hardcore’owcy, którym trudno wejść w skórę miłośnika produkcji casual, ich recenzje są często albo pełne absurdów, albo pokazują kompletne niezrozumienie konwencji.
Przez: louvette w luty 18, 2008
o 1:39
A po co, na siłę, wciskać do “hardcorowych” magazynów recenzje casuali, skoro gracze casualowi zupełnie nie są nimi zainteresowani, a “hardcorowcy” też nie za bardzo i to nie dla wieści czy recenzji gier casualowych nabywają oni magazyny? W przypadku gier casual nie ma zapotrzebowania na krytykę i publicystykę na tyle dużego, aby takowa powstała w obrębie mediów “hardcorowych”. Zresztą, nie widzę problemu, aby powstały i rozwijały się serwisy czy blogi zajmujące się tą tematyką. Ja nadal wychodzę z założenia, że gry i gracze zróżnicoway się na tyle, że nie można ich wrzucać do jednego worka, a czynienie tego na siłę jest nieporozumieniem. Tradycyjnie zastrzegam, iż bycie graczem hardcorowym powino być powodem do dumy ;)
Przez: nef.the.grey w luty 18, 2008
o 8:51
W sporze o to jak powinno się recenzować filmy a także gry stanę po stronie Louvette. Abstrahowanie od konwencji filmu/gry musi prowadzić do absurdów. Recenzja, w której film w stylu “The Simpsons Movie” oceniany jest tymi samymi kryteriami co “Monachium” będzie dosyć osobliwym pseudo-intelektualnym bełkotem. Swoją drogą, chętnie bym taką recenzję przeczytał, tak dla rozrywki. Byłoby to coś w rodzaju wykładu prof. Zybertowicza na temat teorii niecności.
Przez: elmer.fudd w luty 18, 2008
o 10:22
A teraz mała zagwostka: Kto powinien recenzować gry w stylu “Jane’s Combat Simulations: USAF”, albo “Collin McRae Rally”, czyli gry symulacyjne? Do pełnej oceny tego typu gier potrzebna jest spora wiedza z konkretnej dziedziny z realnego świata. Zwykły, nawet najbardziej hardcorowy gracz/recenzent nie będzie w stanie w pełni zrecenzować takiej gry, no chyba, że poza byciem hardcorowym graczem, zna się jeszcze na dziedzinie danej symulacji. Aczkolwiek nawet wtedy taka recenzja będzie mniej wartościowa od recenzji napisanej przez osobę nie zajmującą się grami, a będącej ekspertem w dziedzinie, której dotyczy symulacja. W końcu fana gier symulacyjnych nie obchodzi specjalnie jak dana gra ma się do poprzednich gier tego typu, ani czy występują w niej odwołania do amerykańskiej popkultury z lat 40-tych itp. Interesuje go to, czy jest realistyczna.
Przez: elmer.fudd w luty 18, 2008
o 18:03
Dodam swoją cegiełkę do dysputy:
Ażeby nie dojść do skrajnego relatywizmu w kinematografii (ogólnie rzecz biorąc) istnieją wyznaczniki dobrego filmu, i oczywiście kiedy na ruszt wrzucimy Simpsons’ów nie porównamy ich w prostej linii z “Pi”, co wcale nie znaczy, że subiektywizm recenzenta to zło i niekompetencja. Jeśli mierzi mnie aktorstwo w Gwiezdnych Wojnach – mam zupełne prawo żeby dać upust mojemy rozczarowaniu,a jeśli film ogólnie ujmując jest żenujący? recenzent ma iść za głosem ogółu i uznać, że jeśli coś jest kultowe (lub takowym się staję) posiada wielkie wartości artystyczne?
Problemem, moim zdaniem, nie jest casual u hardcore’owców. Po prostu czytając recenzje danego “redaktora” (mniej więcej) potrafię odczytać jego gust, i mam ogląd na to co ujął w recenzji – chodzi tutaj o strocte subiektywne podejście. Jeśli chodzi o casuale – to nie sądze żeby niedzielni gracze potrzebowali małego wykładu z historii gier etc., tutaj przydatne są fakty, opis elementów zawartych w grze, opcji, porównania z innymi casual’ami. Zgadzam się z nef.the.grey – w pismach dla hardcore’owców casual’e niech będą opisywane w hardcore’owy sposób, nie sądze żeby niedzielni gracze (NG)z wypiekami na twarzy zaglądali do takich pism. Ostatnimi czasy w Internecie mnożą się recenzję napisane w neutralny sposób (czyli dla mnie – byle jak), które mogą wystarczyć dla NG, poza tym są strony tworzone specjalnie dla danego produktu, jest YouTube etc.
Ja tam uwielbiam eteryczne zrozumienie z innym graczem, a jeśli ktoś nie wie, w którym kościele biją dzwony, i mało go to interesuję – nie rozmawiam na te tematy, a jeśli ktoś wykazuje zainteresowanie to spokojnie może zdobyć informacje na temat gier etc. – sam może załapać bakcyla.
Przez: Bombeiros w luty 18, 2008
o 21:42
Dzięki za wasze komentarze.
@ nef.the.grey
Zgadzam się: wciskanie na siłę recenzji gier casual do magazynów dla hardcore’owców nie jest dobrym rozwiązaniem. Ale zauważ, że ja krytycznie wypowiadam się o hardcore’owym zaślepieniu mediów w ogóle. To znaczy: są niemal same media z takim nastawieniem, a skoro już biorą się za recenzowanie casuali, to wychodzi im to zazwyczaj źle. A ignorowanie gier casual przez magazyny i serwisy, których ambicją jest prezentowanie całego spektrum elektronicznej rozrywki, też nie powinno mieć miejsca. Więc być może rozwiązaniem byłyby media nie skrzywione w żadną ze stron, tylko piszące umiejętnie o każdym typie gier. Myślę, że coraz więcej jest osób takich jak ja na przykład, które lubią pograć i w produkcje hardcorowe i casualowe i chcą poczytać dobre teksty o jednych i drugich.
@ elmer.fudd
Moim zdaniem w przypadku gier symulacyjnych naprawdę mocno nastawionych na odwzorowywanie rzeczywistych warunków kierowania danym pojazdem jest mocno wskazane, by recenzent wiedział sporo na ten temat z “prawdziwego” świata. Czy nieodzowne? Nie jestem pewna; mimo wszystko potrafię wyobrazić sobie dobrą recenzję symulatora samolotu wojskowego autorstwa osoby, która od kilku czy kilkunastu lat gra w tego typu produkcje i ma na ich temat sporą wiedzę, ale sama za sterami takiej maszyny nigdy nie siedziała.
Ale czy na pewno zawsze lepiej napisze taką recenzję osoba, która nie jest graczem, a “tylko” ekspertem w danej dziedzinie? Tu również mam pewne wątpliwości; taka osoba może na przykład nie do końca zdawać sobie sprawę z ograniczeń symulacji komputerowej i skrytykować grę za zbyt mały realizm, podczas gdy większy realizm w konkretnym aspekcie nie jest w tej chwili możliwy do osiągnięcia.
@ Bombeiros
Pierwszy akapit – masz rację oczywiście. Odnosząc twoje słowa do gier: o ile nie ma sensu krytykowanie Wii Sports za słabą oprawę graficzną w stosunku do gier sportowych na lepsze sprzętowo platformy, o tyle można skrytykować ją na przykład za złą mechanikę gry (bo dobra mechanika jest wyznacznikiem każdej dobrej gry, niezależnie od gatunku czy grupy docelowej).
Drugi akapit – piszesz “w pismach dla hardcore’owców casual’e niech będą opisywane w hardcore’owy sposób”. Ale po co? Recenzowanie gier casual z hardcore’owego punktu widzenia, z przykładaniem tej samej skali ocen, jest dla nich krzywdzące i wypacza ich obraz. Niechże już lepiej w ogóle się ich w tych największych medialnych ostojach growego hardcore’u nie recenzuje, skoro i tak mało kogo zainteresują. I tu powtórzę swoje przekonanie o potrzebie magazynów i serwisów wyważonych, nie skrzywionych w żadną ze stron, tylko piszących o każdej grze – czy to casual, czy hardcore – ze zrozumieniem jej przeznaczenia i specyfiki.
Przez: louvette w luty 19, 2008
o 18:51
Louvette. Ależ Ty sugerujesz wciskanie na siłę casuali do magazynów o grach :) Twierdzisz, że na pewno coraz więcej jest graczy, którzy chętnie poczytaliby i o grach hardcorowych i casualowych, czyli odwołujesz się do graczy hardcorowych. Może i tak, ale dlaczego nie odwołujesz się do graczy casualowych właśnie? Ano dlatego pewnie, że oni nie są tym kompletnie zainteresowani. Nie będę już pisał dlaczego i nikogo denerwował ;) Skoro więc nie można odwołać się do graczy casualowych, próbujesz odwołać się do hardcorowych, bo przecież to oni czytują magazyny i serwisy o grach. Gdyby bylo zapotrzebowanie na teksty o grach casual już mielibyśmy na rynku 10 tytułów prasowych, 100 serwisów i 1000 blogów o tym traktujących. Skoro jednak mało kogo to interesuje… Taka jest smutna prawda….o graczach casualowych. Napomykałem już o tym na swoim blogu. Nie ma czegoś takiego jak hardcorowe zaślepienie mediów. Media piszą o grach, któr budzą zainteresowanie, dla ludzi, którzy chcą o nich czytać. Casuale świetnie się sprzedają i mało kogo z innych powodów interesują. Tak to wygląda na dzień dzisiejszy. Może jutro, np. po premierze przełomowego tytułu casualowego, coś się zmieni. Na razie jest jak jest.
W kwestii tego, jak powinno sie recenzować gry. W jednym tekście odniosłem się i do wszystkich stawianych tu tez, od Louvette po Julesa. Linkuję z uwagi na obszerność notki, nie zmieściłaby się tu w całości.
http://crpgnef.blox.pl/2008/02/W-okowach-gatunkow.html
Przez: nef.the.grey w luty 21, 2008
o 6:19
No wiesz, myślę, że jest cała rzesza graczy mieszczących się w różnych punktach na linii, której oba końce wyznaczają “casual” i “hardcore”, bo na całe szczęście gracze nie dzielą się po prostu na dwie odrębne grupy i koniec. Skrajni casuale nie czytają recenzji i z tego oczywiście zdaję sobie sprawę, ale czy to znaczy, że pozostali gracze (nie-skrajni-hardcore’owcy) nie mogą poczytać sobie dobrych tekstów o grach tego typu?
Twój wpis o recenzjach przeczytam sobie na spokojnie wieczorem i nie omieszkam dorzucić swoich trzech groszy :)
Przez: louvette w luty 21, 2008
o 12:38
Skrajni casuale nie czytają recenzji i z tego oczywiście zdaję sobie sprawę, ale czy to znaczy, że pozostali gracze (nie-skrajni-hardcore’owcy) nie mogą poczytać sobie dobrych tekstów o grach tego typu?
Ależ mogą, pytanie brzmi jednak, czy chcą. No i gdzie? Louvette, zgadzam się z Tobą przez cały czas. Z jednym wyjątkiem. Widać, że na razie nikt nie oczekuje recenzji casuali w magazynach “hardcorowych”, choć nie wiem za bardzo w sumie, co to oznacza. Np. w CDA jest kącik o grach na komórki, a to nie są gry “hardcorowe”. Tyle, że widać, iż ktoś chce o mobilach czytać :)
Przez: nef.the.grey w luty 21, 2008
o 18:43