Zaciskająca się pętla

Skoro już (w końcu!) sięgać po jakąś grę, to czemu nie postawić na pewniaka z Annapurna Interactive? Wydawane przez nich tytuły nie zawsze są świetne, ale zawsze niebanalne i frapujące. Świeżutkie „12 minutes” Luísa António należy raczej do tej drugiej kategorii.

Fabułę opartą na pętli czasowej trudno oczywiście uznać za nowatorski pomysł (również w grach), ale historia faceta, który wraca do domu na romantyczny wieczór z żoną, a niecały kwadrans potem umiera duszony przez intruza, który wcześniej zdążył oskarżyć ją o morderstwo własnego ojca, potrafi wciągnąć.

Dużo się w „12 minutes” udało: duszna, klaustrofobiczna atmosfera mieszkania, którego nie opuszcza akcja. Voice acting w wykonaniu Dafoe, McAvoya i Ridley, który dźwiga na sobie emocjonalny ciężar konwersacji, bo twarzy postaci nie widzimy – całość pokazana jest z góry, wzmagając wrażenie labiryntu, po którym się miotają. Przede wszystkim zaś sama konstrukcja zagadki pozwoliła zbudować na kanwie pętli czasowej ciekawe intelektualne wyzwanie. Za każdym razem, kiedy trafiamy na początek, mamy nowy trop do sprawdzenia czy teorię do przetestowania, bo nawet pozornie nieznaczące słowa czy drobinki informacji pchnąć mogą nas na właściwy tor. W efekcie również nasze porażki – a będzie ich po drodze do zakończenia sporo! – pozwalają dodać kolejny element do układanki.

Szkoda tylko, że rozwikłanie zagadki rozczarowuje: misterna konstrukcja okazuje się wydmuszką, zaczynają wyzierać spod niej logiczne dziury i psychologiczne mielizny. Trochę jakby António naoglądał się filmów Hitchcocka i Nolana, ale zabrakło mu warsztatowej sprawności albo bardziej doświadczonej współscenarzysty.

Ale i tak warto zagrać w tę przygodówkę point and… przepraszam – „interaktywny thriller”.

Spacery w Night City

Twardy wszczep do zgryzienia cały ten „Cyberpunk 2077”. Bo jak pisać o grze, która z jednej strony jest rozdmuchanym medialnym konstruktem, z drugiej zaś – całkiem realnym wizerunkowym fiaskiem, produktem niegotowym i wybrakowanym?

Najprościej pewnie byłoby zignorować obie te strony, skupiając się w recenzji na „grze jako takiej”, ale przecież nic nie funkcjonuje w próżni. O hajpie pisał Michał R. Wiśniewski, a konsekwencje fiaska obserwujemy na bieżąco w wahających się od rozczarowania do wściekłości reakcjach odbiorców i naprędce kleconych przez CD Projekt Red próbach ich łagodzenia przeprosinami i zwrotem kosztów zakupu. Oto gołe fakty: w dniu premiery wersje na PC, a zwłaszcza na konsole poprzedniej generacji (PlayStation 4 i Xbox One) były pełne technicznych niedoróbek i problemów z wydajnością, których skala uniemożliwiała często granie. Na podstawowym poziomie gra wideo jest wszak programem komputerowym, więc niezależnie od jej jakości artystycznej błędne działanie ma realny wpływ na odbiór. Jeśli książka ma niechlujną korektę i razi ortografami, a film kiepskie udźwiękowienie, przez które nie da się zrozumieć dialogów… wiadomo, do czego zmierza ta analogia.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Jak uzasadnić jatkę

tlou1

Doświadczenie grania w „The Last of Us Part II” przywodzi na myśl słowa Gandhiego: oko za oko, a wkrótce cały świat oślepnie. Moja recenzja (prawie bezspoilerowa).

Jak twierdził Fryderyk Nietzsche, w zemście kobieta jest bardziej barbarzyńska niż mężczyzna. Choć tego typu kategoryczne sądy dotyczące płci dziś budzą już głównie uśmiech politowania, wydaje się, że słowa niemieckiego filozofa mogłoby obrać sobie za motto studio Naughty Dog, tworząc „The Last of Us. Part II”. To gra, w której opętane żądzą zemsty kobiety dopuszczają się czynów doprawdy okrutnych, w zawziętości dystansując towarzyszących im mężczyzn. Tylko czy jest się z czego cieszyć?

Więcej na Dwutygodnik.com.

Znaleziona autostrada

krz2

Na łamach Dwutygodnika recenzuję, czyt. wychwalam, Kentucky Route Zero: TV Edition. No ale czy można było inaczej?

W przypadku tytułów takich jak „Kentucky Route Zero”, które nie do końca wiadomo, jak ugryźć, recenzenci czują się często w obowiązku chronić swoje zadki. Piszą więc na przykład, że „to nie jest gra dla każdego” (jakby jakakolwiek była!). Albo: „To nie tyle gra, ile doświadczenie” (jakby jedno przeczyło drugiemu!). I choć zwykle nie lubię takiego asekuranctwa, tutaj jestem w stanie je zrozumieć: powiedzieć o „Kentucky Route Zero”, że jest grą dziwną, to nic nie powiedzieć.

To dzieło kompletnie osobne, nieuchwytne. Nawet jego, jak to się nieładnie mówi, obecność na rynku nie przystaje do konwencjonalnych modeli wydawniczych. Pierwszy akt został ufundowany za pośrednictwem Kickstartera w 2011 roku i ukazał się dwa lata później. Kilka miesięcy po nim drugi, a rok później trzeci. Na czwarty trzeba było czekać aż do 2016 roku, a piąty i zarazem ostatni otrzymaliśmy dopiero parę tygodni temu. W okresach pomiędzy poszczególnymi aktami do sieci trafiały krótkie darmowe interludia. I tak niepozorna początkowo gra trójki Amerykanów ze studia Cardboard Computer – Jake’a Elliotta, Tamasa Kemenczy’ego i Bena Babbitta – zapewniła sobie stałą obecność na peryferiach segmentu indie przez większość minionej dekady, inspirując innych twórców i powoli budując swój ikoniczny status.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Emocjonalny survival: refleksje o „Neo Cab”

neocab1

„Neo Cab” studia Chance Agency to smakowity kąsek dla miłośników błyskotliwych visual novels i cyberpunka mocno podbitego neo-noir.

W grze wcielamy się w rolę Liny, której praca polega na wożeniu pasażerów futurystyczną wersją Ubera. To świat, w którym wszechmocna korporacja Capra, produkująca autonomiczne samochody, próbuje przeforsować prawo zakazujące ludzkich kierowców. Na zaproszenie przyjaciółki Lina przeprowadza się do kalifornijskiego Los Ojos; wkrótce przyjaciółka znika w tajemniczych okolicznościach, a Lina rusza jej śladem. Próbuje jednocześnie poznać miasto, nie tracąc przy tym niepewnego źródła dochodu, zależnego od ocen, jakie wystawiają jej klienci.

Poza typową cyberpunkową rekwizytornią (nieetyczna megakorporacja, ingerujące w ciało gadżety, hakerskie podziemie), „Neo Cab” jest też mocno zakorzenione w aktualnej rzeczywistości. Na każdym kroku czuć, że ta gra powstała w roku 2019; tematy takie jak prekariat i automatyzacja pracy, napięcia rasowe, problemy z opieką zdrowotną czy technologiczne ułatwienia kosztem utraty prywatności są wplecione i w samą fabułę, i w prawie każdą rozmowę. „Neo Cab” mogło przez to łatwo zmienić się w łopatologiczną, antykapitalistyczną propagandę, na szczęście bynajmniej nie popada w banał. Przede wszystkim – i to różni ją od ekstrapolacji obecnych trendów w nihilistycznym, blackmirrorowym wydaniu – to gra z sercem na dłoni. Jest przeciwieństwem cynicznych wizji odhumanizowanej przyszłości; stawia na znaczenie relacji międzyludzkich w świecie, w którym wszystko wokół próbuje nas przekonać, że lepiej jest grać na siebie, rozpychając się do tego łokciami.

neocab2

Główny wątek fabularny, średnio oryginalny zresztą, szybko schodzi na dalszy plan, a sednem gry stają się kursy z wybranymi za pomocą poręcznej mapy pasażerami i pasażerkami. Spotykamy tu naprawdę interesujące postaci, a wioząc niektóre z nich po kilka razy można nawet nawiązać przyjaźnie; oczywiście antypatyczne czy skryte osoby też się zdarzają. Wszystkie rozmowy to małe majstersztyki narracyjnego kunsztu; chwytają za serce (były więzień, który marzy o założeniu piekarni z ciasteczkami), fascynują (statystyczka kwantowa – istna cyberwiedźma – badająca alternatywne rzeczywistości), bawią (para turystów z Niemiec, która upiera się przeprowadzić na Linie kuriozalną wersję testu Voighta-Kampffa).

„Neo Cab” ma poza tym ma parę ciekawych rozwiązań mechanicznych, jak opcje dialogowe oparte na aktualnym stanie emocjonalnym bohaterki; odzwierciedlają go odpowiednie kolory na high-endowej, opartej na biofeedbacku wersji pierścionka nastrojów. Ma też nastrojową, synthwave’ową ścieżkę dźwiękową i dopieszczony art design, oddający niepokój pulsujący pod sterylną powierzchnią futurystycznej metropolii.

Naprawdę warto wybrać się w ten nocny kurs!