Grywalny socjalizm

Anarcho-Communist Republic of Intermarium, mod do gry

Anarcho-Communist Republic of Intermarium, mod do gry Hearts of Iron IV

Ciekawym trafem niedawno ukazały się dwa wywiady z badaczami identyfikującymi się ze światopoglądem lewicowym, które dotyczą ich spojrzenia na gry. To lektura interesująca choćby ze względu na samo zestawienie idei socjalistycznych z kapitalistycznymi realiami współczesnego rynku gier. Ale nie tylko dlatego.

Z Janem Sową, socjologiem i kulturoznawcą związanym z UJ, rozmawiał na łamach Dwutygodnika Mirosław Filiciak. Przez większość czasu pogawędka ma luźny i koleżeński charakter; Sowa opowiada o swoich growych upodobaniach i wspomnieniach, jawiąc się przy tym jako odbiorca dość wybiórczo korzystający z medium i przyglądający się mu z pewnego dystansu (co, biorąc pod uwagę bogatą i zapewne czasochłonną aktywność Sowy na innych polach, nie jest zaskakujące). Być może dlatego część refleksji brzmi nieco powierzchownie. Na przykład wychwalanie „GTA V” jako świetnej publicystyki kulturowej bez zwrócenia uwagi na problematyczne aspekty gry, których nie da się łatwo zbyć naklejając jej łatkę satyry, takie jak użycie tortur w trakcie rozgrywki czy kontrowersyjny wizerunek kobiet. Były to swego czasu kwestie szeroko dyskutowane w kręgu krytyków gier – zwłaszcza o lewicowej wrażliwości – dlatego ich przemilczenie zaskakuje.

Sowa wyraża też przekonanie, że gry muszą być dobre graficznie, a zamiłowanie do retro określa mianem sentymentalnego fantazmatu. Jest to opinia, do której ma oczywiście prawo, ale już wrzucania gier en masse do worka „czasochłonnych, rozbudowanych światów, w które trzeba wejść dojść głęboko, by je poznać” maluje wyjątkowo niepełny obraz medium. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę tylko ten jego wycinek, który Sowę interesuje najbardziej, czyli gry stawiające na dobrą fabułę. Mało to w ostatnich latach tytułów ze świetnie opowiedzianą historią, które nie mają wysokiego progu wejścia i które da się ukończyć w kilka godzin? Nawet jeśli nie wykorzystują w pełni mocy wypasionego komputera czy najnowszego modelu konsoli…

Bardziej konkretnie i interesująco robi się w dalszej części wywiadu, kiedy Sowa opowiada o modyfikacji do strategii „Hearts of Iron IV”, którą stworzył wraz z trójką współpracowników. Mod pozwala przetestować alternatywną wersję historii, w której postulowaną przez Piłsudskiego polityczną ideę Międzymorza można zrealizować, tworząc państwo oparte na ideach lewicowych. To świetny przykład wykorzystania perswazyjnego potencjału gier. Jak mówi Sowa:

To wyjście od krytyki, która jest absolutną podstawą, do prezentowania alternatyw, z czym z kolei lewica nie zawsze sobie radzi. Ta alternatywna wersja przeszłości jest też wypowiedzią na temat teraźniejszości i możliwych przyszłości. Myślenie utopijne jest współcześnie bardzo słabe. Wiele perspektyw krytycznych, np. język psychoanalizy, z którego sam korzystałem, nie bardzo się do tego nadaje. Jeśli więc element takiego nowego języka uda się stworzyć przy pomocy gry, to czemu nie?

O proponowaniu dzięki grom realnych alternatyw dla kapitalizmu fazy schyłkowej – które nie wpadałyby jednocześnie w pułapkę naiwnych socjalistycznych utopii – mówi też Paolo Pedercini, bohater drugiego wywiadu, który ukazał się na łamach magazynu Jacobin. W swoich dwóch ostatnich grach próbował (moim zdaniem – z częściowym przynajmniej powodzeniem) pokazać, jak działając w obecnie dominującym systemie można uzyskać bliższe lewicowym ideom rezultaty. „Nova Alea” traktuje o gentryfikacji, a „To Build a Better Mousetrap” (której poświęciłam osobny tekst) o zarządzaniu fabryką.

To Build a Better Mousetrap

To Build a Better Mousetrap

Wywiad z Pedercinim jest pokłosiem jego eksperymentu myślowego: tekstu „Gaming under socialism”, w którym zastanawiał się, jak produkcja, dystrybucja i konsumpcja gier wyglądałyby w sprawnie funkcjonującym systemie socjalistycznym. Pedercini tworzeniem i badaniem gier zajmuje się od lat, temat zna od podszewki, a w dodatku jest błyskotliwym rozmówcą. W wywiadzie zręcznie podsumowuje główne problemy, z jakimi boryka się współczesny rynek gier (wyzysk pracowników, zdzieranie z graczy i wykorzystywanie efektów ich bezpłatnej pracy, zagarnięcie kanałów dystrybucji przez wielkie korporacje). Jednocześnie, parafrazując Dorotę Masłowską, nie prenumeruje poglądów w zestawie. Na sugestię przeprowadzającego wywiad Willa Partina, że Kickstarter stał się jednym z narzędzi finansowania produkcji gier przez duże studia, odpowiada, że nie każda zmiana, której kulminacją nie jest totalna rewolucja, musi kończyć jako kolejna broń w kapitalistycznym arsenale. Sama możliwość wyeliminowania pośrednictwa wydawców i inwestorów oraz rozłożenie biznesowego ryzyka na barki odbiorców, którzy wierzą w rynkowe powodzenie projektu, to istotna demokratyczna alternatywa dla dominującego systemu produkcji gier.

Oba wywiady łączy też wątek Gamergate. Przyznam, że wypowiedź Jana Sowy na ten temat mnie rozczarowała. Pomijam nawet wspomnianą już ogólnikowość refleksji; przy dobrej woli można zrzucić ją na karb niewielkich rozmiarów wywiadu, w którym zasygnalizowano jedynie niektóre kwestie, zamiast satysfakcjonująco je rozwinąć. Ale poniższe słowa, które ledwie szkicują jedną z przyczyn stojących za wybuchem całej afery, rzucone w przestrzeń bez kontekstu i dalszego ciągu, brzmią niemal jak usprawiedliwianie gamergaterów:

Emocje towarzyszące Gamergate są zupełnie zrozumiałe. Jeśli jesteś białym mężczyzną, to nieustannie okazuje się, że jesteś czemuś winny: jesteś klasistą, ejdżystą, seksistą, rasistą, szowinistą gatunkowym… To kłopot także dla ludzi o lewicowej wrażliwości, bo nieustannie pączkują nowe sposoby bycia złym, to generuje frustracje. Gry działają jak rodzaj wentyla, perwersyjna safe space, bezpieczna przestrzeń dla ludzi nieradzących sobie w pełni z poprawnością polityczną.

Znów następuje tu generalizacja gier – tym razem jako azylu dla życiowych przegrywów, nienadążających za progresywnymi zmianami społecznymi, tęskniących za światem prostych zasad i czarno-białych podziałów. Słowem – modelowych zwolenników skrajnie prawicowych ideologii. Takie postawienie sprawy brzmi nośnie i chwytliwie, ale niebezpiecznie zbliża się do retorycznego zabiegu pars pro toto; tacy ludzie to najgłośniejsza, najbarwniejsza i medialnie najbardziej wdzięczna odmiana graczy, ale bynajmniej dla całości grającej populacji nie reprezentatywna!

Dla porównania Pedercini, zapytany o Gamergate jako jedną z genez ruchu alt-right, wychodzi od podobnej konstatacji, ale przestrzega przed identyfikowaniem odbiorców gier z określoną opcją polityczną:

The patterns are similar: mediocre white dudes are afraid that women and minorities are out there to take their toys away and threaten their already precarious social status; they react violently but mostly anonymously, so it’s hard to get a sense of their actual numbers; they have the troll-like realization that the more they push the envelope, the more they outrage liberals, and the more their “message” spreads.

There’s no doubt that Gamergate truly ruined many people’s lives for a couple of years. The alt-right is a concrete threat to a lot of groups. But we’ve gotta get over the fact that the fascists are on the Internet. We can keep an eye on them without amplifying their crap.

I’ve been immersed in various sectors of game culture for more than a decade, and I still can’t substantiate any claim of a dominant political leaning among the gaming populace. The libertarian magazine Reason tried to claim gamers as their natural constituency, but even their own survey portrayed a profile that is generally more progressive than libertarian.

It’s totally fine to ignore the toxic gamer communities where these Gamergate types hang out. Most people play games without tying their identity to these products. These are the players I’m interested in.

Po zmianie w ostatnim zdaniu „players” na „readers”, chętnie się pod tym stwierdzeniem podpiszę. Zamiast spisywać medium na straty, oddając pole szkodnikom i krzykaczom, lepiej skupić twórczą uwagę na pozostałych graczach i graczkach, w całej ich różnorodności. To wydaje mi się wyzwaniem wartym wysiłku – i dla lewicowców, i generalnie dla wszystkich, którym na sercu leży walka o lepszy świat.

Pociągnąć za spust?

74160e17-thumb

Czy warto rozmawiać z nazistami, a jeśli nie, to co warto z nimi robić – dla magazynu „Dwutygodnik” napisałam o paru tytułach, które odpowiadają na te pytania. W bonusie garść rozważań o grach, w które nie trzeba grać, oraz graniu jako formie oporu. Polecam się do lektury.

Czy uderzenie nazisty jest dopuszczalne? Pytanie, które wydaje się należeć do sfery czysto akademickich rozważań, parę miesięcy temu wywołało w mediach burzliwą dyskusję. Wszystko przez incydent, do którego doszło podczas inauguracji Donalda Trumpa na prezydenta: Richard B. Spencer, jeden z liderów ruchu „alt-right”, zwolennik białej supremacji i skrajny nacjonalista, w trakcie udzielania wywiadu został znienacka uderzony w twarz przez zamaskowanego sprawcę. Internet, jak to internet, zareagował rozlicznymi memami i przeróbkami nagrania ataku,  ale nad problemem pochyliły się też szacowne The New York Times i The Guardian. O moralne przyzwolenie na przemoc wobec osób otwarcie głoszących poglądy nazistowskie pytano na poważnie filozofów; swoje trzy grosze wtrącił między innymi myśliciel-celebryta Slavoj Žižek.

Popkultura problem z zasadnością takich działań rozwiązała dekady temu, o ile w ogóle kiedykolwiek go miała. Nazistów z pięści traktowali Kapitan Ameryka i Indiana Jones, bezlitośnie rozprawiali się z nimi bohaterowie „Bękartów wojny” Tarantino, by przywołać tylko parę przykładów. Gry wideo nie są na tym tle wyjątkiem – od sięgającej początków lat 80. serii „Wolfenstein”, przez drugowojenne odsłony „Medal of Honor” i „Call of Duty”, po wariacje w stylu wampirycznego „BloodRayne” – zabijanie hitlerowców niezmiennie cieszy się popularnością. Z jednej strony komiksowo karykaturalni, z drugiej odhumanizowani niczym zombie, gwarantują wygodne usprawiedliwienie dla wirtualnej przemocy.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Zamienić się w słuch: refleksje o „Mass Effect: Andromeda”

Czasowe możliwości pozwalają mi zwykle na ukończenie nie więcej niż dwóch-trzech gier z otwartym światem rocznie. Mam na myśli porządne ukończenie, bliskie kompletnemu, obejmujące wątek główny i poboczne, plus rozmaite sekrety i misje dodatkowe. Skoro już wsiąkam w dany świat, to na dobre. Dlatego tak uważnie i ostrożnie dobieram tytuły; muszą mieć choć jedną cechę, dzięki której będę chciała wracać do nich przez kolejne miesiące, by metodycznie, krok po kroku, eksplorować otwarte przestrzenie i kryjące się w nich bogactwa.

Magnesem nie jest prawie nigdy główna oś fabularna gry, zwykle mieląca na różne sposoby kliszę wielkiego zagrożenia, któremu jako wybranka/ostatnia sprawiedliwa/naznaczona przez los muszę stawić czoła. Bardziej przemawiają do mnie nastrój, niuanse, koloryt. W „Falloucie 4” była to perwersyjna przyjemność szwendania się po zgliszczach cywilizacji i konstruowania ze zwałów śmieci namiastki domu. W „Wiedźminie 3” – tragikomiczne losy postaci, traktowanych przez scenarzystów bezpardonowo, ale ze zrozumieniem dla paradoksów ludzkiej natury.

andromeda

W „Mass Effect: Andromeda” bardzo długo nie mogłam znaleźć „tego czegoś”, dzięki czemu na kolejne sesje gry, planowane z wyprzedzeniem i z trudnością wpasowywane w rozkład dnia, czekałabym z niecierpliwością. Podobnie jak dla większości osób ciepło wspominających pierwotną trylogię, nowa odsłona okazała się dla mnie zrazu rozczarowaniem. Elementy, które czyniły stare „Mass Effecty” niezapomnianymi –  podekscytowanie odkrywaniem nowej galaktyki, epicki rozmach podkreślany świetną ścieżką dźwiękową, umiejętne nawiązania do klasyki fantastyki naukowej, pełnokrwiści towarzysze, międzyrasowa polityka, niełatwe wybory moralne (i możliwość romansowania z przedstawicielami obcych ras, oczywiście!) – niby nadal w „Andromedzie” są, ale albo brakuje im profesjonalnego szlifu, albo rozmywają się w natłoku treści, jakie zrzuca nam na głowę gra. Problemem jest jej rozmiar, rozbuchany i wymykający się spod kontroli, napakowany wątkami pobocznymi i misjami, które wydają się bez znaczenia. Często sprowadzają się do latania w tę i nazad między planetami, wymiany paru zdań z postaciami, których nazajutrz już się nie pamięta, zhakowania terminalu czy dwóch, odnalezienia „ważnej” notatki, no i oczywiście wystrzelania grupki takich czy innych przeciwników. Nuda. A w dodatku poczucie przytłoczenia – przy okazji wykonywania takich „kuriersko-czyścicielskich” misji do logu co rusz dodawane są kolejne podobne, polegające na równie ekscytujących zadaniach: odnalezieniu zagubionych dronów czy zebraniu próbek skał do analizy. Nijak się to ma do pionierskiego ducha, jaki w założeniu przesycać ma „Andromedę”; wszak jesteśmy odpowiedzialni za przystosowanie do życia nowej galaktyki dla setek tysięcy osiedleńców!

Zamiast jednak obrażać się na grę i ciskać pada w kąt, postanowiłam dać jej szansę i spróbować polubić „Andromedę” za te cechy, których udało się nie zakopać pod nietrafionymi wyborami projektowymi. Przy wszystkich wadach rozsmarowanego jak kawałeczek masła na zbyt dużej kromce scenariusza, to wciąż jest gra, której siła tkwi w postaciach i interakcjach między nimi. Członkowie i członkinie drużyny zyskują przy bliższym poznaniu, wykraczając poza stereotyp burkliwego kroganina czy wyniosłej asari. Przede wszystkim: nie są sprowadzeni do roli kukieł, czekających grzecznie w swoich kabinach na zaproszenie do misji ani instrumentalnie traktowanych jako wsparcie na polu bitwy. Nie ożywają tylko w momentach, gdy zdecydujemy się wciągnąć ich do rozmowy albo łaskawie pomóc w osobistych problemach, by zaskarbić sobie lojalność. Przeciwnie; przez większość gry odnosiłam wrażenie, że moi towarzysze mają własne życie, które tylko w pewnych punktach przecina się z moim. Często zmieniają miejsca pobytu na statku, zajmując się różnymi sprawami, wychodzą z niego podczas postojów, by posiedzieć w barze, załatwić swoje sprawy z miejscowymi, spędzić czas we własnym mieszkaniu (!). Mogę tam do nich zagadać, ale nie wydają się specjalnie wyczekiwać na zainteresowanie z mojej strony. Rozmawiają też między sobą, wymieniając uwagi czy drobne złośliwości. Oczywiście wszyscy dążymy do wspólnego celu, ale możemy nie zgadzać się co do środków, co powoduje spięcia i animozje. Część udaje się z moją pomocą złagodzić, część rozchodzi się po kościach. Dynamika grupy tylko na tym zyskuje.

andromeda

Świetnym dodatkiem jest wprowadzenie na naszym statku terminalu, na którym między innymi sprawdzamy maile od załogi, a także forum dyskusyjnego dla jej członków, na którym sprzeczają się o drobnostki, narzekają na irytujące zwyczaje współzałogantów, ale też snują wspólne plany i zacieśniają więzi. Co może wydawać się kolejną próbą „rozciągnięcia” gry, sprawdza się jako prosty, ale skuteczny sposób na uwiarygodnienie świata przedstawionego. Wiadomości od towarzyszy bywają zabawne, wzruszające, pełne niezręcznych wyznań lub niewybrednych żartów. Po prostu dobrze napisane (Patricia Hernandez z Kotaku zgromadziła parę przykładów).

W „Andromedzie”, zamiast gadać i upajać się brzmieniem własnego głosu oraz wagą wypowiadanych słów, wolę zatem czytać i słuchać. Najwięcej przyjemności sprawia mi jeżdżenie po planetach od jednego punktu nawigacyjnego do drugiego i nadstawianie ucha, gdy dwójka moich towarzyszy gawędzi, dzieląc się spostrzeżeniami, komentarzami, wspomnieniami czy docinkami. Specjalnie wybieram przy tym rozmaite konfiguracje, bo ze zderzenia odmiennych światopoglądów, osobowości i doświadczeń postaci wynikają najciekawsze dialogi. Postrzelona asari Peebee poważnieje na chwilę, gdy wiekowy kroganin Drack w oszczędnych słowach przywołuje bolesne momenty z historii swej rasy. Wrażliwy angarczyk Jaal dziwi się oporowi, jaki napotyka próbując namówić turiańską wojowniczkę Vetrę na rozmowę o uczuciach. Ktoś wybucha nagle śmiechem na wspomnienie starego dowcipu. Albo próbuje przekonać mnie do wyższości swojego punktu widzenia na kolonizację nad innymi.

Samo przemierzanie rozległych planetarnych przestrzeni – pustynnych, skalistych, skutych lodem czy tętniących bujną roślinnością, gdy nad głową unoszą się dwa kolorowe księżyce, daje estetyczną uciechę. Jest też frajdą w sensie bardziej namacalnym, bo model jazdy pojazdu, który po odpaleniu przyspieszenia mknie przez doliny albo dzielnie wspina na strome klify, jest lata świetlne od nieporadnego Mako z pierwszego „Mass Effecta”.  Jeżdżę więc sobie i słucham, i jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, te etapy stanowią dla mnie clou gry w większym stopniu niż stricte fabularne sekwencje między nimi.

Aha, próbuję też uwieść Jaala. Przy całej swej otwartości i sympatycznemu usposobieniu, pozostaje słodko nieśmiały. Ale w końcu skradnę mu całusa.

Cudna wydmuszka

INSIDE_02

„Inside” jest grą piękną, lecz pustą; zachwyca, ale i rozczarowuje. Taką, cokolwiek niepopularną, opinię wyrażam w najnowszym tekście. Jeśli ktoś ma ochotę się ze mną pięknie poróżnić, będzie mi bardzo miło. Jeśli zgodzić się… to również.

„Inside” jest jedną z najczęściej nagradzanych i najwyżej ocenianych gier niezależnych ubiegłego roku. Logiczna platformówka duńskiego studia Playdead zachwyciła graczy i recenzentów, z miejsca dołączając do szacownego grona tytułów, które przywołuje się, mówiąc o artystycznych osiągnięciach medium. Dziewięć miesięcy po premierze, gdy emocje już nieco opadły i nie trzeba jak ognia wystrzegać się fabularnych spoilerów, warto spojrzeć na „Inside” na świeżo, z krytycznym dystansem. Przyznam bowiem, że mimo niewątpliwych walorów gry, kończyłam ją z poczuciem rozczarowania, a nawet poirytowania.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Paszporty, gry i niegry

bound

Jeśli macie dość dyskusji o tym, czy gry są sztuką (kto nie ma?), zawsze pozostają słowne szermierki na temat granicy między grami i niegrami oraz istoty „growości”. Hura! W najnowszym tekście na Jawnych Snach wdaję się w polemikę z Pawłem Kaczmarskim, który na łamach portalu Korporacji Ha!art skrytykował przyznanie Paszportu Polityki Michałowi Staniszewskiemu za Bound. Zapraszam do lektury i namysłu.

Z zainteresowaniem przeczytałam felieton Pawła Kaczmarskiego „Gry, niegry i gry-doświadczenia. Wokół ostatnich Paszportów Polityki”, który ukazał się na łamach portalu Korporacji Ha!art. Opinii na temat nowopowstałej kategorii „Kultura cyfrowa” nigdy za wiele, a głosy krytyczne potrzebne są wszak bardziej niż pochwalne, bo inicjują intelektualny ferment i umacniają znaczenie nagrody w kulturowym obiegu.

Tezy postawione w tekście Kaczmarskiego są prowokacyjne i skłaniają do namysłu. Z większością się nie zgadzam, czemu postanowiłam dać wyraz w poniższej polemice. Od razu, dla jasności, zaznaczę: byłam jedną z jurorek nominujących kandydatów do nagrody w kategorii „Kultura cyfrowa” (z zasadami przyznawania Paszportów można zapoznać się w serwisie internetowym Polityki). Dwie spośród zgłoszonych przeze mnie osób to Michał Staniszewski, główny autor gry „Bound”, oraz Piotr Iwanicki, główny autor gry „Superhot”. Kaczmarski swój tekst buduje na bazie zderzenia twórczych koncepcji obu dzieł, przedkładając drugą nad pierwszą, i negatywnie oceniając werdykt jury, które nagrodę przyznało Staniszewskiemu. Osobiście cenię obie gry na równi – każdą za inne cechy, w obu dostrzegam wady – w każdej inne, a jedną z nich lubię bardziej od drugiej. I choć pozostanie pewnie tajemnicą poliszynela, którą, nie ma to dla tego tekstu żadnego znaczenia, bo odnosić się będę nie do jakości obu gier, tylko do sposobu jej oceny przez autora felietonu.

Więcej na blogu Jawne Sny.