Komandor Shepard: konkurs piękności

Jeśli chodzi o kreację postaci w grach, które umożliwiają taki zabieg, jestem przypadkiem nieciekawym i beznadziejnym zarazem. Po pierwsze, w 99% sytuacji wybieram własną płeć, a wygląd mojego wirtualnego alter ego oscyluje wokół typu urody, który sama reprezentuję. Po drugie, wybory, których dokonuję, są w przeważającej większości tożsame z systemem wartości, jakim kieruję się w życiu. Innymi słowy, zamiast w kreatywny sposób testować rozmaite możliwości, jakie oferuje odgrywanie roli bohatera gry, jestem zazwyczaj po prostu sobą.

Z dużym zainteresowaniem czytam i słucham natomiast o pomysłowości innych graczy w tej kwestii. A bywa ona naprawdę oszałamiająca. Jedną z najbardziej wdzięcznych i podatnych na narracyjne eksperymenty postaci ostatnich lat jest komandor Shepard, główny bohater serii Mass Effect. A szczególnie, co ciekawe, jego żeńska wersja, pieszczotliwie zwana przez fanów FemShep. Pani komandor inspiruje liczne filmiki ze swoim udziałem. Poświęcono jej nawet cały serwis internetowy wypakowany po brzegi fanfikami wszelakiego rodzaju.

Przyczyn popularności FemShep jest zapewne wiele: od bijącego na głowę swój męski odpowiednik głosu postaci, którego użyczyła aktorka Jennifer Hale, po możliwość wcielenia się w silną i ciekawą kobiecą bohaterkę. Najbardziej interesująca wydaje mi się właśnie perspektywa, nazwijmy to, genderowo-rasowa: choć trudno przypuszczać, by było to zamiarem twórców z BioWare, komandor Shepard stała się niejako ikoną traktowanych zwykle po macoszemu w wysokobudżetowych produkcjach mniejszości. Zwłaszcza, że koresponduje to dobrze z motywem ksenofobii i szowinizmu obecnym we wszystkich odsłonach cyklu. Pisze o tym m.in. Lesley Kinzel w świetnym tekście Shepard ain’t white: Playing with race and gender in Mass Effect. Gra (rzecz jasna nie jako pierwsza i jedyna, ale bodaj najpopularniejsza) została napisana w ten sposób, że słowa i zachowania bohatera oraz reakcje na nie są identyczne bez względu płeć i rasę. Wynika to bardziej z technicznych ograniczeń aniżeli świadomej decyzji twórców, niemniej jednak jest faktem. Jeśli ciemnoskóra komandor jest szorstka i bezwzględna, to wzbudza taki sam respekt, jak szorstki i bezwzględny komandor rasy białej. Działa to również w drugą stronę: kolorowa bohaterka, która wychowywała się w slumsach, nie ratuje galaktyki pomimo przezwyciężenia okoliczności, które stawiają ją początkowo na niższej pozycji (co byłoby niemal na pewno istotnym wątkiem fabularnym, gdyby historia Mass Effect powstała w ramach nieinteraktywnego medium). Ratuje ją dzięki swoim umiejętnościom i charakterowi, bez dodatkowych podtekstów i kontekstów. I właśnie ta neutralność (lub, jak kto woli, sprawiedliwość) jest tak intrygującym wabikiem dla wielu osób wybierających grę niestandardową wersją Sheparda.

Indra Shepard, jedna z bohaterek galerii na stronie FemShep.com.

Poruszam ten temat, oczywiście, nie bez powodu. Kilka tygodni temu, wychodząc na przeciw zaangażowaniu graczy, BioWare postanowiło dołączyć do akcji marketingowej kolejnej części gry kobiecą wersję Sheparda. Szerzej o sprawie pisał m.in. Bartłomiej Nagórski na Jawnych Snach, słusznie zauważając, że to krok w kierunku większej różnorodności growych bohaterów i miły gest w stronę fanów.

Od czasu entuzjastycznie przyjętej decyzji sporo się jednak zmieniło. Kontrowersje, i to niemałe, wzbudził mianowicie sposób jej realizacji: BioWare ogłosiło na swoim facebookowym profilu konkurs na wygląd komandor Shepard, pozwalając graczom głosować na jedną z sześciu propozycji. Największej liczbie osób spodobała się długowłosa blondynka, której kolor włosów poddano dodatkowo pod głosowanie w trwającej jeszcze drugiej turze konkursu.

Wiele osób wyraziło swoje niezadowolenie piętnując zarówno samą ideę konkursu, jak i zdecydowaną przewagę głosów oddanych na blondwłosą wersję bohaterki. Kim Richards z magazynu PC Gamer w tekście o wymownym tytule Death to Blonde Shepard poddaje ją miażdżącej krytyce, pisząc, że do wybawczyni galaktyki nie pasuje twarz pozbawionej osobowości lalki Barbie.

Zwycięski projekt komandor Shepard po pierwszej turze konkursu.

Muszę przyznać, że dla mnie zwycięstwo powyższego projektu nie jest ani zaskakujące, ani oburzające. Triumf konwencjonalnego, powszechnie uznawanego w naszym kręgu kulturowym za najbardziej atrakcyjny typu urody, był do przewidzenia. Pamiętajmy, że domyślna wersja Sheparda-mężczyzny, bazująca na fizjonomii modela Marka Vanderloo, jest nie mniej banalna. Łatwo wpaść też w pułapkę odwrotnej dyskryminacji, czyli deprecjonowania ładnych blondynek, co jest w istocie sprzeczne z chęcią ujrzenia większej różnorodności płciowej i rasowej w grach. Zresztą, koniec końców, i tak będzie to jedynie buzia ze zwiastunów i okładek, niemająca nic wspólnego z „naszą” komandor.

I gdyby BioWare od razu pokazało światu wybraną wewnętrznie domyślną wersję FemShep, przyjęłabym to ze spokojem i zrozumieniem. Paradoksalnie natomiast konkurs, który w zamierzeniu miał być sposobem na zaangażowanie fanów w proces twórczy – i przypuszczam, że intencje decydentów z działu marketingu były dobre (choć nie można też wykluczyć chęci zrzucenia części odpowiedzialności na barki graczy) – wzbudził we mnie pewien niesmak. Pal licho, że cztery spośród sześciu zaproponowanych projektów różniły się od siebie wyłącznie detalami, a pozostałe dwa też nie grzeszyły oryginalnością, co czyniło wybór cokolwiek iluzorycznym. Rzecz w tym, że zmianie uległo rozłożenie akcentów dla postaci komandor Shepard; jedną z najciekawszych bohaterek współczesnych gier zredukowano, choćby na chwilę, do roli mimowolnej uczestniczki konkursu piękności. Rację ma jeden z komentatorów, ujmując sprawę krótko i wprost (tłumaczenie własne):

Nie mogę wypowiadać się w jej imieniu, ale jestem pewny, że nie spędziła trzydziestu lat pracując ciężko, by zostać żołnierzem, komandorem, pierwszym ludzkim Widmem, i w końcu bohaterką Przymierza, tylko po to, by być ocenianą na podstawie wyglądu, który następnie modyfikuje się, by zadowolić opinię publiczną.

Na krótko przed ogłoszeniem konkursu BioWare ujawniło statystyki, według których 18% grających w Mass Effect wybrało kobiecą bohaterkę. Niewiele, ale sądząc po ich sieciowej aktywności, jest to zarazem najbardziej zaangażowana grupa fanów. W końcu to oni stali się pośrednią motywacją, by włączyć FemShep do akcji marketingowej najnowszej odsłony serii. Tymczasem konkurs jest otwarty dla wszystkich – naturalnie, bo przecież jakże komukolwiek miano by odmawiać prawa głosu? Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że demokratyczne zasady w tym przypadku są w pewnym sensie przeciwko oddanym fanom pani komandor, których głos zostanie zagłuszony przez hałas tłumu złożonego głównie z osób niezainteresowanych nawet grą kobiecą bohaterką.

27 thoughts on “Komandor Shepard: konkurs piękności

  1. Jeśli tylko gra daje mi taką możliwość, gram postaciami kobiecymi. Powody są trzy:

    1. Nie jestem postacią. Jedynie nią kieruję i obserwuję. Tworzę więc taką postać, którą nie tyle chciałbym być, co raczej poznać. Osobę interesującą dla mnie. Na tyle na ile gra pozwala, oczywiście.

    2. Seksizm. To znaczy nie wiem czy to seksizm ale w przeciwieństwie do facetów, kobiety budzą we mnie odruch opiekuńczy. Łatwiej jest więc mi „dbać” o taką postać, co w kontekście rozgrywki oznacza po prostu, że nie rzucam jej dla zabawy na pewną śmierć tylko gram tak by umierała jak najrzadziej.

    3. Jeśli już mam się gapić przez trzydzieści godzin na mojego awatara, to niech przynajmniej cieszy oko. O, to chyba jest seksizm.

    • Ad. 1. Rozumiem, ale to jeszcze nie jest powód, by nie wybierać mężczyzn. W końcu nie miałbyś chyba nic przeciwko poznaniu interesującego faceta? Nie mam na myśli kontekstu romantycznego oczywiście…

      Ad. 2 i 3. To chyba nie jest seksizm ex definitione, na szczęście :) W każdym razie ja odbieram tego typu motywacje jako całkowicie zrozumiałe, zwłaszcza że mogą występować analogicznie dla drugiej płci.

      • Nie no, w żaden sposób nie miałbym niczego przeciwko. Po prostu – kobieta zawsze będzie mogła być co najmniej tak samo interesująca jeśli chodzi o osobowość ale dostaje dodatkowy bonus estetyczny za samo bycie kobietą. Facet tego nie nadrobi i do postaci męskich zazwyczaj dystansuję się znacznie bardziej. Owszem, darzę je sympatią ale nie zależy mi na nich tak bardzo.

  2. To moja Shepard była już chyba kwintesencją silnej kobiety. Nie dość że przeprowadziłem ją przez obie części (a co), to zawsze, przy każdej możliwiej okazji wybierałem ścieżkę Renegata.

    Pod koniec gry fizjonomia (i bonusy do zastraszania) pani komandor skutecznie zamykała usta wszelkim oponentom.

    Swoją drogą ME był drugą okazją gdy grałem (jako facet) kobietą. Pierwszy raz był to Jade Empire (a więc też Bioware) gdzie jeszcze bardziej niż w przypadku ME linia fabularna była unisex.

    O ile w Jade Empire moja bohatera była wybrana ze względów estetycznych (czyli punkt 3 ww. Michała Gancarskiego), to w ME1 po przejściu gry raz dobrym (czyli Paragon) facetem, chciałem spróbować sił przeciwieństwem. I tak mi się spodobało, że ME2 grałem już panią komandor.

    • Właśnie takie osoby jak ty wpędzają mnie w kompleksy. Czuję się strasznie nudna grając niezmiennie dobrą, uczynną i wrażliwą kobietą ;)

      • Ale ME daje możliwość tworzenia ciekawych, mieszanych postaci, dzięki systemowi, w którym nie opowiadamy się po żadnej „stronie mocy” tylko budujemy reputację P/R na dobre i na złe. Ja ogólnie odchylam się w stronę Paragona ale skala Renegade w obu częściach dobijała mi niemal do 1/3. Wiadomo – nie ma sensu robić wokół siebie zamętu i krzywdzić innych bez powodu ale czasem akurat ta opcja była po prostu konieczna i pasująca. I to jest dla mnie siła postaci komandor Shepard – raz tak, raz tak, zawsze po jakiejś linii etycznej ale z umiejętnością ostrej gry.

        • To prawda, sama nie byłam w 100% Paragonem, zdarzyło się parę decyzji, które zaowocowały punktami Renegata (choć przed ich podjęciem nie byłam wcale pewna, że tak się to skończy). Rzecz w tym, że trudno przyszłoby mi świadomie dokonać wyboru sprzecznego z moim systemem wartości tylko po to, żeby pasował do obmyślonej koncepcji postaci, choćby najciekawszej.

  3. Pingback: Skanujemy: subiektywny przegląd tygodnia. | | Jawne SnyJawne Sny

  4. Nigdy nie „kupiłem” kobiecej wersji komandor Shepard, tak jak nie kupuję nagłych zapędów emancypacyjnych BioWare. Nic nie ujmując serii Mass Effect, w której obie odsłony przyjemnie mi się grało („dwójka” właśnie na ukończeniu) – to kolekcja kulturowych klisz z lekko zaktualizowanej klasyki spektakularnej space opery. Ciasne mundurki, strzelaniny, ratowanie świata – wbrew opinii komentatorów w historii Sheparda widzę tylko i wyłącznie przełożoną na język kinowych blockbusterów tradycję cuchnącej naftaliną SF klasy B. Podobny myk zrobiono 2 lata temu z filmowym rebootem Star Treka, nadając mu nerw widowiska a la Michael Bay, a de facto obchodząc się z tematem mocno konserwatywnie.

    Stąd nie wierzę silną blond komandor Shepard ratującą świat przed Żniwiarzami. Nie wierzę w gnaty, dramatyczną przeszłość i zaszczutą osobowość największej heroski galaktyki, bo wiem że to nie prawdziwie silna kobieta, a facet z inną teksturą ciała. I to nie jest w sumie wina tej nieszczęsnej komandor Shepard, a militarystyczno-technokratycznej fantazji wczesnego liceum, prężenia muskułów i taniej dramaturgii, które składają się na społeczną część uniwersum ME. Oczywiście mi się to jakoś podoba, bo choć to głupie, to przyjemne i lekkie w odbiorze, ale smutnie słabe w próbach uwiarygodniania się poprzez genderową transgresję. Gram samcem alfa, ale nie dlatego, bo jestem mizoginem, ale żeby uniknąć groteski trans-rasowych związków kosmitki z twardą komandor Shepard z okładki Cosmopolitan. Bioware (chyba najbardziej poprawne politycznie rpg są sygnowane dzisiaj ich logiem) nie ma pojęcia jaką krzywdę robi growemu feminizmowi, (jak najbardziej potrzebnemu, bo od czasu Lary Croft nie posunęliśmy się w masowej świadomości w tej kwestii nawet o metr do przodu) udając, że robi jakąś emancypację, kiedy wychodzi z tego cyrk, nad którym ślinią się później dzieciaki projektujące bohaterki swoich mokrych snów. Dla mnie komandor Shepard-kobieta w obecnej postaci to tylko zbędne usunięcie cudzysłowu kiczowatej rozrywki z Mass Effect, a tylko tak mogę się tą grą cieszyć.

    Problem jest więc to, że mainstream gier wideo tkwi po uszy w tym swoim infantylnym bagnie. Czekam na dużą, drogą produkcję, która pozwoli w końcu kobietom na wcielanie się we wiarygodną postać płci pięknej, a nie jej karykaturę. Nie chodzi o to, że wirtualna bohaterka nie może być „męska”, po męsku działać i ratować czysto męski świat – ale w kontekście braku jakiejkolwiek alternatywy mam często wrażenie, że oglądam w grach głównie samców alfa z kobiecymi teksturami. To światy, jakie prezentują przed nami twórcy nie dojrzały do tego, by zarysować jakąkolwiek taką problematykę – nie ma w nich zazwyczaj miejsca np. na bohaterki kobiece, ale nie „przeseksualizowane”. Wielu zachodnich dziennikarzy cieszy się z tego, że dużo tytułów oferuje możliwość rozgrywki kobietami, które mogą zachowywać się identycznie jak mężczyźni i odczytują to jako przykład „przyspieszonej emancypacji”. Jest wręcz przeciwnie – to łatwy wybieg producentów, którzy wiedzą, że współczesne strzelaniny, rpg, zręcznościówki są atrakcyjne, bo są fabularnie tendencyjne. Sprowadzenie rol kobiet w tego typu grach (pomijam przygodówki etc.) do wykonywania głównie „męskich” czynności godzi przede wszystkim w jakiekolwiek półśrodki. Dlaczego przykładowo nie pojawiła się jeszcze wysokobudżetowa gra akcji, w której kierujemy mężczyzną metroseksualnym, homoseksualnym; bliższym społecznej identyfikacji z pozycją kobiety? Bo twórcy zupełnie nie rozumieją o co w tej całej emancypacji chodzi, a jej propozycja ich autorstwa jest tak naprawdę szalenie płytka.

    Oczywiście wszystko sprowadza się do pytania, jakiego feminizmu potrzebujemy dzisiaj. Czy ma to być wyłącznie celebracja dzisiaj społecznie naznaczonych jako męskich wzorców, czy próba dążenia do prawdziwej wolności w tego rodzaju identyfikacji? Bo jeśli to pierwsze to jest to chyba utajony mizoginizm.

    • „Nie wierzę w gnaty, dramatyczną przeszłość i zaszczutą osobowość największej heroski galaktyki, bo wiem że to nie prawdziwie silna kobieta, a facet z inną teksturą ciała.”

      To jak wygląda ta „prawdziwie silna kobieta”?

      Narzekanie na znane motywy pominę, bo to jakby celowanie w samo sedno kultury, która jest przecież wielowarstwowym systemem cytatów.

      • „To jak wygląda ta „prawdziwie silna kobieta”?

        Podwajam pytanie Michała, tavie. Czy nie jest tak, że wrażenie nieprzystawalności zachowania kobiecej Shepard do płci wynikać może właśnie z narzuconej kulturowo identyfikacji zachowań znamionujących siłę i pewność siebie jako męskich?

        • @Michał Gancarski, louvette

          Komandor Shepard nie żyje w próżni. Nie możemy zapominać, że uniwersum Mass Effect, jego narracje, struktury społeczne są wprost wyjęte z literackiego modelu space opery, który wykształcił się w amerykańskiej literaturze począwszy od lat 60. – więc skrajnie „maskulinistycznego”. Jest totalnie niemożliwe, że bez naruszania tych struktur, kulturalnych fundamentów tego świata wyłoni się silna kobiecość. Stąd uwaga od facetach z babskimi teksturami. Nie dajmy się zwariować.

          Ale to jeszcze byłoby pół biedy, gdyby nie zupełna binarnosć w wartościowaniu transgresywnej kobiecości przez panów z BioWare.W Mass Effect nie ma niekonwencjonalnych postaci kobiecych (ba, nie ma chyba także prawie w ogóle konwencjonalnych, ale zważywszy na to, że mówimy o skrajnie zmilitaryzowanej grze – wcale to nie dziwi). Siła jest nie tylko możliwością dominacji fizycznej, nacechowaniem brutalnością, bezwzględnością. Ktoś mi tu zarzucił, że Jack nie jest postacią kobiecą ucieleśniającą klasycznie rozumiany archetyp kobiety silnej. Jeśli rozumiemy „siłę” w tak prymitywny sposób to owszem. Ale dla mnie właśnie zmierzenie się ze „wrażliwszą” stroną samej siebie jest dla tej postaci aktem największej samoświadomości, dookreślenia i przede wszystkim odwagi. Mass Effect nie promuje zazwyczaj jednak takich zachowań – stąd brak możliwości zagrania przykładowo wrażliwszym, „bardziej miękkim” męskim Shepardem. który moim zdaniem byłby znacznie ciekawszą postacią od heroicznego twardziela, w jakiego (w najlepszym razie) możemy się wcielić (i w żaden sposób nie będzie to wykluczać jego biegłości w walce, bohaterstwa etc.). Dlatego piszę tutaj o utajonym mizognizmie, bo poziom tolerancji dla jednych cech jest znacząco mniejszy niż innych. To jest jednak kwestia współczesnej kultury, przesiąkniętej „niegrzecznością” z jednej strony, a z drugiej odwrotem od humanistyki i zwrotem w kierunku prostacko rozumianego analitycznego myślenia i technokratyzmu.

          Więc odpowiedź na to pytanie uzależniona jest od rozwiązania kwestii, jakiego feminizmu chcemy. Czy ma być to prosty przeskok do szufladki „męskopodobnych” dzisiaj cech i poczęstowanie się jej zawartością, czy może jest to sprawa bardziej złożona; oparta na prawdziwej emancypacji (poddającej krytyce również niewątpliwą zdobycz w postaci właśnie modelu kobiety klasycznie rozumianej jako „silna”).

          Od BioWare domagam się tym samym konsekwencji – albo dalej śnimy militarystyczno-chłopięcy sen, albo podchodzimy do tematu na poważnie (skoro bawimy się już w liberalną demokrację w kosmosie) i pozwalamy graczom na wcielenie się w pełny przekrój modeli ról społecznych i archetypów, z których jedne potrzebne są do konstytuowania innych. Bo propozycja społeczeństwa przyszłości w ME jest niemal tak nierealistyczna i groteskowa, jak małżeństwa homoseksualne w Skyrim (niedawno zapowiedziane).

          ejejejdddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddddd

          • Przykład Skyrim jest z kolei jeszcze ciekawszy, bo jest naturalną konsekwencją funkcjonującego dzisiaj modelu politycznej poprawności. Pojawia się szersze pytanie, czy liberalizacja fikcyjnych społecznych struktur światów wybitnie konserwatywnych z natury jest potrzebna i czy tak naprawdę nie szkodzi idei emancypacji (a piszę to z pozycji osoby o poglądach jak najbardziej lewicujących)? Co z kolei prowadzi do pytania o społeczną rolę kultury, sztuki i tak dalej :)

            Aha – moja klawiatura żyje najwyraźniej własnym życiem, za co z góry przepraszam :) (vide poprzedni koment)

          • Nadal nie wiadomo jak definiujesz „silną kobiecość”, a bez tego Twój komentarz jest jedynie długi.

            Obie części Mass Effect dają wiele okazji do działania empatycznego i pełnego wrażliwości, dokładnie takiego samego w przypadku postaci kobiecej i męskiej. Przecież w tej grze można nawet czule romansować.

            Mass Effect nie promuje też żadnych zachowań tam, gdzie wybór co do zachowania istnieje. Można w równie satysfakcjonujący sposób punktować na skali paragon i renegade. Gra daje tyle samo okazji do pójścia obiema ścieżkami.

          • @ tav

            Im dłużej się zastanawiam, tym jaśniejsze wydaje mi się, że graliśmy w dwa różne Mass Effecty – co, mówiąc bardziej serio i wprost zarazem oznacza, że odbieramy grę inaczej. Wynika to pewnie z różnych przyczyn, między innymi odmiennych oczekiwań.

            Bezzasadne wydaje mi się oczekiwanie od ME możliwości „wcielania się w pełny przekrój modeli ról społecznych i archetypów”, bo po pierwsze jest to technologicznie niewykonalne, a po drugie pozostajemy wciąż, jak słusznie zauważyłeś, w dość ciasnym gorsecie gatunkowym. Z drugiej strony, nie mogę zgodzić się z nazwaniem ME „militarystyczno-chłopięcym snem”, choćby dlatego, że jak pokazują reakcje i opinie graczy (w sprawie FemShep, ale nie tylko), gra stała się spełnionym snem również dla tych, którzy wykraczają poza obraz stereotypowego gracza pod względem płci, wieku, koloru skóry, orientacji seksualnej, zainteresowań. Innymi słowy, ciebie interesuje bardziej to, czym gra mogłaby być, gdyby spełnione zostały pewne warunki, dla mnie ciekawsze jest, czym stała się dla wielu graczy niezależnie od intencji twórców. I jestem pewna, że jednopłciowe małżeństwa w Skyrim, jakkolwiek groteskowe mogą wydawać się w świetle konserwatywnych praw gatunku fantasy, zostaną przyjęte ciepło przez wielu. Nie dlatego, że są politycznie poprawne, ale po prostu dlatego, że odpowiadają na coraz wyraźniej i szerzej werbalizowane potrzeby znacznej części społeczności graczy.

            Wracając do ME i różnic w odbiorze: jak na grę przeznaczoną do szerokiego grona odbiorców (od której, rzecz jasna, nie można wymagać tyle, co od niezależnego artystycznego projektu), uważam, że BioWare nie raz udało się przełamać konwencje w portretowaniu bohaterów obu płci. Michał wspomniał o tym, że można grać wrażliwym Shepardem, dalekim od obrazu heroicznego twardziela. Dodam jeszcze przykład jednej z moich ulubionych postaci, z którą zresztą prowadziłam wątek romansowy – Thane’a. Postać głęboko tragiczna (zamordowana żona, wieloletnia rozłąka z synem, śmiertelna choroba), która mimo bezwzględności w walce – jest w końcu asasynem – w rozmowie okazuje się być osobą targaną wątpliwościami, uduchowioną i wykazującą się delikatnością, która kojarzona jest raczej z płcią żeńską.

    • ej, no bez przesady. A za to postaci męskie są za to niezwykle dopracowane.

      Z ostatnich kilku lat niewiele postaci gry (kobiecych czy męskich) było czymś więcej niż kliszą popkulturową/ stereotypem.
      Na szybko przychodzi mi tylko Ethan Mars z Heavy Rain.

    • Jest trochę racji w tym, co piszesz, jednak nie do końca się zgodzę.

      Po pierwsze, nie widziałabym w decyzjach BioWare świadomych działań emancypacyjnych, choć istnieje pokusa, by zgodnie z zasadą myślenia życzeniowego tak je traktować – wszystko jest biznesowo wykalkulowane, a postęp w zakresie równouprawnienia mniejszości w grach odbywa się niejako mimochodem. Nie bez znaczącego udziału fanów, którzy czasem ocierają się może o grzech nadinterpretacji, jednak fałsz potrafią wyczuć bezbłędnie – a w przypadku komandor Shepard widać autentyczne zaangażowanie. Nie deprecjonowałabym go, nawet jeśli granie FemShep jako ikoną mniejszości nosi pewne znamiona rozgrywki emergentnej, niezamierzonej przez BioWare. Kulturowe funkcjonowanie dzieła jest wszak często niezależne od intencji twórczej. W tym przypadku pokazuje natomiast, że tak wielki jest głód „innych” postaci, że szuka się ich nawet w skostniałym gatunku space opera. Co ty odbierasz jako groteskę i cyrk, dla innych jest przykładowo pierwszym ważnym śladem problematyki ambiwalencji płciowej w grach. Przeczytaj proszę w tym kontekście zlinkowany powyżej tekst feministki Kinzel, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, a także inny jej autorstwa, w którym tropi w ME motywy queerowe: http://blog.twowholecakes.com/2011/06/probe-away-mining-for-queerness-in-mass-effect-1-2/

      „Dlaczego przykładowo nie pojawiła się jeszcze wysokobudżetowa gra akcji, w której kierujemy mężczyzną metroseksualnym, homoseksualnym; bliższym społecznej identyfikacji z pozycją kobiety?”. A ile znasz takich filmów? Wysokobudżetowe gry akcji to nie miejsce dla takich bohaterów, za to w innych produkcjach jest ich coraz więcej, wystarczy wymienić choćby Nier, Personę 3 i 4, nawet kilka tytułów z serii MGS.

  5. Aha, jedyną postacią, która jest prawdziwie nieszablonowa w ME 2 jest oczywiście Jack – może dzięki rysowi autentycznego zaszczucia, może dzięki temu, że potrafi być silną postacią kobiecą bez tego irytującego przyciasnego krawata, jaki wszystkim innym żeńskim bohaterkom zawiązali na szyi twórcy.

    • Jack nie jest „silna”, jest psychopatką, do której trzeba dotrzeć i która się rozkleja jeśli z nią solidnie pogadać. Nie rozumiem tego utożsamiania siły z brutalnością i pokazywaniem tylko jednej emocji – gniewu. To raczej słabość.

      • Z ust mi to wyjąłeś. Lubię Jack, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to jedna z najbardziej tendencyjnie nakreślonych postaci w całej serii – typ skrzywdzonej istoty ukrywającej się pod maską twardzielki.

  6. W przypadku cRPG staram się przechodzić grę raz kobietą, raz facetem. Zdarzają się gry, w których miewa to znaczenie i zmienia detale. Nie da się ukryć, że w przypadku ładnych gier i widoku innego niż FPP wolę gdy piksele układają się w ładną bohaterkę.

    Mass Effect przeszedłem i tak i tak. Nie dostrzegłem różnicy, nie licząc wyglądu i rzeczywiście lepszego damskiego głosu. Moja Shepard była ciemnoskóra, twarda (żołnierz), raczej zimnokrwista.

    I na koniec najważniejsze – podobnie jak kilka innych osób w cRPG i RPG nigdy nie „jestem” bohaterem. Nie staję się krasnoludem, krwawym rzezimieszkiem czy kobietą. Nawet nie tyle ich odgrywam w przypadku cRPG, co raczej gram nimi, ciekaw jak konkretna, stworzona przeze mnie postać, poradzi sobie w danych okolicznościach.

  7. Szybki komentarz, bo siedzę w pracy ;) Cała seria Mass Effect poruszyła sporo czułych strun. Ciekawy artykuł i wypowiedzi, dobrze, że ta dyskusja się toczy nie tylko na forach amerykańskich. Pola seksizmu czy gender nie poruszam, ponieważ nie są to główne obszary moich zainteresowań. Co do nakreślania psychiki postaci, wydaje mi się, że klikanie raz punktów Paragon, a innym razem Renegade ma sens, ponieważ inaczej postać nie byłaby ludzka. Shepard raz musi „kick’em butts”, a w innej sytuacji musi wykazać się nadzwyczaj ciężkim niektórym do przełknięcia honorem. W końcu to Commander Shepard, heloł ;) Może ktoś z Was też poświęcił życie Normandy i chce o tym pośpiewać? http://www.escapistmagazine.com/videos/view/miracle-of-sound/3941-Normandy-Mass-Effect-2

  8. Tak gwoli ścisłości – zatwierdzono ostatecznie oficjalny wizerunek FemShep i jednak wygrała postać rudowłosa, a nie blond-bimbo. pozdrawiam :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s