Spacery w Night City

Twardy wszczep do zgryzienia cały ten „Cyberpunk 2077”. Bo jak pisać o grze, która z jednej strony jest rozdmuchanym medialnym konstruktem, z drugiej zaś – całkiem realnym wizerunkowym fiaskiem, produktem niegotowym i wybrakowanym?

Najprościej pewnie byłoby zignorować obie te strony, skupiając się w recenzji na „grze jako takiej”, ale przecież nic nie funkcjonuje w próżni. O hajpie pisał Michał R. Wiśniewski, a konsekwencje fiaska obserwujemy na bieżąco w wahających się od rozczarowania do wściekłości reakcjach odbiorców i naprędce kleconych przez CD Projekt Red próbach ich łagodzenia przeprosinami i zwrotem kosztów zakupu. Oto gołe fakty: w dniu premiery wersje na PC, a zwłaszcza na konsole poprzedniej generacji (PlayStation 4 i Xbox One) były pełne technicznych niedoróbek i problemów z wydajnością, których skala uniemożliwiała często granie. Na podstawowym poziomie gra wideo jest wszak programem komputerowym, więc niezależnie od jej jakości artystycznej błędne działanie ma realny wpływ na odbiór. Jeśli książka ma niechlujną korektę i razi ortografami, a film kiepskie udźwiękowienie, przez które nie da się zrozumieć dialogów… wiadomo, do czego zmierza ta analogia.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Jak uzasadnić jatkę

tlou1

Doświadczenie grania w „The Last of Us Part II” przywodzi na myśl słowa Gandhiego: oko za oko, a wkrótce cały świat oślepnie. Moja recenzja (prawie bezspoilerowa).

Jak twierdził Fryderyk Nietzsche, w zemście kobieta jest bardziej barbarzyńska niż mężczyzna. Choć tego typu kategoryczne sądy dotyczące płci dziś budzą już głównie uśmiech politowania, wydaje się, że słowa niemieckiego filozofa mogłoby obrać sobie za motto studio Naughty Dog, tworząc „The Last of Us. Part II”. To gra, w której opętane żądzą zemsty kobiety dopuszczają się czynów doprawdy okrutnych, w zawziętości dystansując towarzyszących im mężczyzn. Tylko czy jest się z czego cieszyć?

Więcej na Dwutygodnik.com.

Znaleziona autostrada

krz2

Na łamach Dwutygodnika recenzuję, czyt. wychwalam, Kentucky Route Zero: TV Edition. No ale czy można było inaczej?

W przypadku tytułów takich jak „Kentucky Route Zero”, które nie do końca wiadomo, jak ugryźć, recenzenci czują się często w obowiązku chronić swoje zadki. Piszą więc na przykład, że „to nie jest gra dla każdego” (jakby jakakolwiek była!). Albo: „To nie tyle gra, ile doświadczenie” (jakby jedno przeczyło drugiemu!). I choć zwykle nie lubię takiego asekuranctwa, tutaj jestem w stanie je zrozumieć: powiedzieć o „Kentucky Route Zero”, że jest grą dziwną, to nic nie powiedzieć.

To dzieło kompletnie osobne, nieuchwytne. Nawet jego, jak to się nieładnie mówi, obecność na rynku nie przystaje do konwencjonalnych modeli wydawniczych. Pierwszy akt został ufundowany za pośrednictwem Kickstartera w 2011 roku i ukazał się dwa lata później. Kilka miesięcy po nim drugi, a rok później trzeci. Na czwarty trzeba było czekać aż do 2016 roku, a piąty i zarazem ostatni otrzymaliśmy dopiero parę tygodni temu. W okresach pomiędzy poszczególnymi aktami do sieci trafiały krótkie darmowe interludia. I tak niepozorna początkowo gra trójki Amerykanów ze studia Cardboard Computer – Jake’a Elliotta, Tamasa Kemenczy’ego i Bena Babbitta – zapewniła sobie stałą obecność na peryferiach segmentu indie przez większość minionej dekady, inspirując innych twórców i powoli budując swój ikoniczny status.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Filmy, w które można grać

tl6

Mój tekst o nowych filmach interaktywnych na podstawie Telling Lies Sama Barlowa i Bandersnatch Charliego Bookera w magazynie Dwutygodnik:

Połowa lat dziewięćdziesiątych, środkowe klasy podstawówki. O pececie mogę na razie pomarzyć; pozostaje mi męczenie do znudzenia leciwego Commodore 64. Podobnie jak wielu moich rówieśników, sprzętowe zaległości rekompensuję sobie, chłonąc z wypiekami na twarzy zawartość magazynów growych. Jeden z opisywanych trendów budzi moje szczególne zainteresowanie. To gry w technice full motion video, oparte na scenkach z udziałem aktorów. Oto co najlepsze w obu mediach, połączone w jedno – filmy, w które można grać. Nie mam żadnych wątpliwości: tak wygląda przyszłość rozrywki!

Z perspektywy ćwierćwiecza patrzę na te dziecięce ekscytacje z pobłażliwym rozbawieniem, choć pokładanie nadziei w rozwoju gier FMV nie należało w tamtym okresie do rzadkości. Karierę robił termin „multimedia”. Rosnące ambicje twórców, napędzane poczuciem niższości wobec kina, zbiegły się w czasie z rozwojem możliwości sprzętowych – na płytach CD, które odtwarzać mógł teraz pierwszy lepszy komputer, mieściło się znacznie więcej danych. Boom na interaktywne filmy był jednak krótkotrwały; pod koniec wieku było już niemal pewne, że zostaną jedynie przypisem do historii gier. Ambicje nie sprostały umiejętnościom warsztatowym: amatorska produkcja, toporne aktorstwo i pełne klisz fabuły miały może swój osobliwy urok, ale niewiele ponad to. Kiedy kilka lat po premierze udało mi się w końcu zagrać w głośny okultystyczny horror „Phantasmagoria” (1995) Roberty Williams, przy scenach wymyślnej przemocy, na czele z opętanym przez demona mężem gwałcącym żonę, młodzieńcza fascynacja „dorosłymi” treściami co chwilę ustępowała miejsca poczuciu zażenowania.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Poszukiwaczka zaginionych translacji

hv1

Pierwszy numer Dwutygodnika po przerwie na bogato: moc ciekawych tekstów, a wśród nich aż trzy o grach.

Jest moja recenzja Heaven’s Vault – wymarzonej gry dla językowych geeków (coś mi mówi, że trochę ich na Altergranie zagląda). Są wrażenia z rosyjskiej melancholijnej szwendanki Zima, autorstwa specjalistki od Europy Wschodniej, Kai Puto. I jest przesiąknięte nostalgią sprawozdanie z wizyty w paru muzeach gier Michała R. Wiśniewskiego.

Co tu dużo mówić, cieszę się! I oczywiście polecam lekturę.

„Heaven’s Vault” to rzadki przypadek gry o perypetiach archeolożki, w której nie dochodzi do żadnych spektakularnych zabójstw ani kradzieży, ani nawet jednej eksplozyjki czy pościdżku. Zamiast wymiany ognia – akademickie dyskusje. Zamiast śmiertelnych pułapek – badanie starożytnych ruin i artefaktów. Zamiast depczących po piętach łotrów – odcyfrowywanie hieroglificznych inskrypcji. Mimo to powstała gra ekscytująca – w każdym razie dla tych, których pasjonują lingwistyczne zagadki, interpretacja historycznych źródeł i ambitna fantastyka naukowa. Gra, powiedzmy sobie wprost, dla geeków, która w dodatku dumnie się z tym obnosi.

Więcej na Dwutygodnik.com.