Gry są dla dzieci

Tekst pierwotnie ukazał się 17 stycznia 2009 roku na łamach serwisu GRY-OnLine.pl.

Dziś proponuję bliższe spojrzenie na drugi z powodów, dla których granie rzadko kiedy cieszy się społeczną akceptacją i jest postrzegane w mało pozytywny, często przekłamany sposób. Pierwszym powodem jest oczywiście przekonanie o wyjątkowej brutalności gier i jej szkodliwym wpływie na odbiorców. Na ten temat powiedziano i napisano już wiele. Ów drugi powód, o którym mówi się nieco rzadziej, ale który jest chyba równie powszechny, to przeświadczenie, że jest to zajęcie dziecinne, infantylne, szczeniackie.

Wszyscy znamy ten stereotyp: gry są dla dzieci. Granie przystoi dwunastolatkowi, ale już grający student szacownej uczelni lub, co gorsza, stateczny ojciec rodziny, budzą pewne wątpliwości. Wątpliwości co do tego, czy aby na pewno są to ludzie poważni, odpowiedzialni i zasługujący na miano dorosłych.

Większość z nas macha z rezygnacją ręką na takie opinie, bo przecież trudno nawracać na siłę, a skoro ktoś ma klapki na oczach, to jego problem, nie nasz. Ale niektórzy gracze próbują walczyć z tym stereotypem. Kiedy tylko mają do czynienia ze stosunkowo rozsądnym rozmówcą, chętnie bawią się w adwokatów gier. Opowiadają o tym, jak karmią wyobraźnię, urzekają pięknymi światami, angażują w emocjonujące opowieści, wzruszają, stymulują intelektualnie, uczą koncentracji, logicznego myślenia i generalnie są coraz dojrzalsze. Ale nawet jeśli roztoczą przed tymże rozmówcą wizję zalet dziesiątków gier pokroju (tu niech każdy wstawi tytuł, który uważa za wyjątkowo ambitny), rzadko kiedy spotkają się z pełnym zrozumieniem. Problem nie tyle leży bowiem w samych grach, a w tym, co z nimi robimy. Gramy w nie, czyli się nimi bawimy. A zabawa to domena dzieci.

Żyjemy w kulturze paradoksów. Działania autodestrukcyjne (upijanie się), bezrefleksyjne (skakanie po kanałach telewizyjnych) albo noszące znamiona obsesji (nałogowe kupowanie niepotrzebnych produktów) są społecznie bardziej akceptowalne niż czysta, nieskrępowana i nieszkodliwa zabawa. Należą bowiem do repertuaru zachowań „dorosłych”, w przeciwieństwie do zmagania się z trudami życia w postnuklearnym świecie, tworzenia skomplikowanych poziomów czy toczenia strategicznych bitew.

W repertuarze tych zachowań znajdziemy też, owszem, zabawy. Ale są to zabawy obudowane szeregiem dodatków, które czynią z nich rzecz poważną. Spójrzmy na piłkę nożną. Sprowadzając tę grę do najbardziej podstawowego poziomu (kibiców proszę o nieobrażanie się), mamy grupę dwudziestu paru spoconych facetów biegających za kawałkiem skóry. Ale nikt nie dziwi się, że dorośli ludzie się tym interesują. Cała infrastruktura związana z tym sportem – od systemu szkolenia zawodników, przez niebotyczne kwoty wydawane na kontrakty i budowę stadionów, po działy komentatorskie w opiniotworczych gazetach – czyni bowiem z piłki nożnej rozrywkę dorosłą. Nawet intelektualiści nie muszą się wstydzić oglądania meczów, skoro Jerzy Pilch pisze felietony o tematyce futbolowej. Gry są takiej obudowy pozbawione.

Obawa przed posądzeniem o zdziecinnienie nie dotyczy tylko gier. Oto „Harry Potter Adult Edition” – specjalne wydanie dla dorosłych, by nie czuli się głupio czytając książki o dziecinnych okładkach.

Kolejny istotny powód postrzegania gier jako dziecinne: nasza kultura każe dorosłym angażować się tylko w te działania, które są w jakiś sposób pożyteczne, produktywne i służą czemuś konkretnemu. Jeśli zabawa, to jako środek do osiągnięcia jakiegoś celu, a nie cel sam w sobie, jak to jest w przypadku dzieci. Inaczej to strata czasu. Granie należy zatem usprawiedliwiać przed innymi i przed sobą racjonalnymi argumentami. Kto wie, jaki wpływ na ogromny sukces Wii miał fakt, że wymachiwanie kontrolerami można bezpiecznie uznać za ćwiczenie fizyczne? Zalew gier familijnych pozwolił też zapracowanym rodzicom uspokoić sumienie, bo dostarczył idealnego sposobu na spędzanie czasu z potomstwem.

W pułapkę szukania za wszelką cenę użytecznych stron grania wpadamy zresztą od czasu do czasu wszyscy. Wystarczy spojrzeć, z jaką chęcią media zajmujące się elektroniczną rozrywką wyszukują i publikują rozmaite wiadomości przeczące wizji gier jako infantylnej rozrywki i straty czasu. A to pomagają seniorom zachować sprawną pamięć, a to służą w terapii różnych chorób, a to doskonale sprawdzają się jako pomoc edukacyjna w szkołach. Bardzo dobrze, że potencjał gier zaczyna być wykorzystywany w coraz większej ilości dziedzin – to wszystko są świetne wiadomości. Ale nie zasługują na to, by być traktowane głównie jako pretekst do wykrzyczenia z satysfakcją w twarz światu: „A widzicie? Gry to nie tylko zabawka dla dzieci!”.

Zbytnia koncentracja na praktycznych zastosowaniach gier skutkuje odarciem ich z pierwotnego sensu. Spójrzmy, dokąd zaprowadzić nas może tok myślenia polegający na nadawaniu grom wartości zależnej od ich pożyteczności: gry są dobre, bo dzięki nim proces zdobywania nowych umiejętności jest przyjemny (uczymy się niejako mimochodem). Poczucie przyjemności sprawia, że chcemy grać i uczyć się dalej. Gdy uczymy się dalej, stajemy się mądrzejsi. Gdy stajemy się mądrzejsi, więcej potrafimy. Gdy więcej potrafimy, stajemy się bardziej produktywni. Gdy jesteśmy bardziej produktywni, nasza wartość rośnie. Gdy nasza wartość rośnie, możemy znaleźć lepiej płatną pracę. I tak granie z czynności, której oddajemy się dla zabawy, staje się środkiem umożliwiającym zarabianie większej ilości pieniędzy. To celowa przesada, ale pokazuje, że przy odrobinie dobrej woli czynność postrzeganą jako dziecinną przedstawić można jako jak najbardziej dorosłą. Zresztą o tym, że coś jest na rzeczy, świadczyć może choćby niedawna wypowiedź członka zarządu IBM. Stwierdził on mianowicie, że umiejętności zdobyte w trakcie grania są bardzo pożądane u potencjalnych pracowników firmy.

Tymczasem – może wydawać się to oczywiste, ale czasem trzeba to powiedzieć jasno i wyraźnie – granie doskonale broni się jako czynność pozbawiona jakiegokolwiek praktycznego, „dorosłego” zastosowania. Co więcej, gry pozwalają nam często poczuć się znów jak dzieci i między innymi właśnie to w nich kochamy. Od chwili pójścia do szkoły nieustannie czegoś się od nas wymaga. Najpierw przez kilkanaście lat trzeba się uczyć, a potem przez resztę życia zarabiać na utrzymanie. Granie jest powrotem do czasu, gdy nikt niczego – poza rzeczami w stylu umycia zębów czy pocałowania cioci na powitanie – od nas nie wymagał. Większość naszego kilkuletniego życia wypełniała zabawa. Teraz podobną beztroskę zapewniają nam między innymi właśnie gry. To beztroska chwilowa – bo przecież obowiązki czekają – więc tym bardziej na wagę złota. Ona nam się po prostu należy. Pozwala oderwać się od rzeczywistości i dzięki temu nabrać do niej dystansu. Pomaga zachować równowagę umysłu w zwariowanym świecie. Przypomina, do czego służy wyobraźnia.

W biologii ewolucyjnej istnieje pojęcie neotenii. Oznacza ono między innymi zachowanie cech młodocianych przez osobników dorosłych. Ludzie, w przeciwieństwie do większości ssaków, jako dorośli wciąż dysponują wieloma cechami, które mieli jako dzieci. Należą do nich na przykład ciekawość świata, zdolność do emocjonalnego przywiązania oraz… skłonność do zabawy. Cechy te są jednym ze źródeł naszego sukcesu jako gatunku. Jeśli zatem przyjmiemy, że każdy dorosły pozostaje trochę dzieckiem, i to nie tylko w metaforycznym, ale też w naukowym, ewolucyjnym rozumieniu, to tak, jak najbardziej – choć gry coraz rzadziej bywają dziecinne, to wciąż są w pewnym sensie dla dzieci. I chyba najwyższy czas przestać się tego wstydzić.

12 thoughts on “Gry są dla dzieci

  1. Słuszne – zabawa nie musi być bezpośrednio utylitarna. Ale jedna uwaga: Wymagania co do zabaw potrafią zmieniać się wraz z wiekiem. Jest charakterystyczne, że człowiek, który ma już trochę na karku lubi zabawy innego rodzaju niż jako dziecko. Jak słusznie napisałaś piłka nożna jest z pozoru prosta, a naprawdę – szczególnie z perspektywy zawodnika czy trenera – jest siecią złożonych zależności, planowania, strategii, emocji itd. Inaczej na nią patrzyłem jako dziecko, i inaczej teraz. A wciąż mnie jednak bawi.
    Bardzo wiele gier nie ma tej głębi, wielopłaszczyznowości, pozostaje na bardzo prostym, dziecinnym poziomie rozrywki, który lubiłem mając 10-15 lat. Teraz do dobrej zabawy potrzeba mi najczęściej czegoś więcej. Wciąż znajduje to zbyt rzadko w grach (ale jednak znajduję ;), a tymczasem w filmie, literaturze czy sporcie odnalezienie tego „drugiego dna” przychodzi bez problemów.

    PS. Cieszę się, że już wróciłaś!

  2. Heh, ja już tu kiedyś pisałem a propos rozważań czy gry to tylko rozrywka, że dla mnie jednak definicja gry=rozrywka jest jak najbardziej słuszna. Wprawdzie tam chodziło o coś innego ale definicja pozostaje aktualna. I nie ma co się okłamywać że szukamy w grach głębi – moim zdaniem szukamy w nich właśnie rozrywki tyle że do tej rozrywki czasem człowiek jednak głębi potrzebuje. Dlatego częsciowo zgadzam się z Bioforgerem – wraz z wiekiem wymagania co do zabaw się zmieniają. Ale mam wrażenie że to jest też kwestia tego jakiej rozrywki w danym momencie szukamy – dziecko nie wartościuje rozrywki w ten sposób co dorosły. Dla dziecka coś jest fajne lub nie i tyle. Dorosły za to czasem potrzebuje czystej, prostej zabawy nie wymagającej pracy umysłu a czasem czegoś trochę bardziej wymagającego (jasne – pewnie nie każdy). Czasem potrafi tez przyznać że coś chyba jest fajne ale nie dla niego… A to że dorośli ludzie szukają również prostej czystej rozrywki w grach najbardziej widac po rynku gier casualowych – w to graja ludzie często już w wieku emerytalnym a głębi w tych grach zwykle trudno szukać. Sam szczerze mówiąc czasem lubię pograć w Cywilizację a czasem w Mortal kombat i to i to traktuję rozrywkowo choć niewątpliwie sa to zupełnie inne rodzaje rozrywki.

    P.S. Też cieszę się że blog juz działa !

  3. Świetny tekst! :) Mam dwie uwagi. Pierwsza: ludzie nie akceptują tego, czego nie rozumieją. Odczuwam to boleśnie bo prowadzę firmę online ergo jestem w domu ergo siedzę w domu ergo pewnie nic nie robię ergo mam dużo wolnego czasu ergo nie pracuję. Smutne, szczególnie jeśli dotyczy to bliskich.
    Druga uwaga: gry są rozrywką, to przede wszystkim. Na szczęście są powoli „odczarowywane”. Duża zasługa w tym… konsoli Wii i sprzedawanej z nią niedzielnej, rodzinnej rozrywki. Myślę, że za kilka- kilkanaście lat dzieciaki będą z rodzicami grały we wspomniane Cywilizację i MK. Zrobić ojcu fatality – bezcenne ;)

  4. Macie rację, nikt nie powiedział, że zabawa musi być prosta – może być wyrafinowana i wymagająca i oby gry zapewniały takiej coraz więcej. Chodziło mi też jednak m.in. o to, by nie wypierać się za wszelką cenę tego, że czasem gry potrafią zachwycić nas iście dziecięcym zachwytem. Nie wiem, czy mieliście okazję pograć w LittleBigPlanet. To jest według mnie typ gry, których powinno być najwięcej. Nie mówię teraz o gatunku – to jest najmniej istotne – tylko o możliwości funkcjonowania na dwóch płaszczyznach, o czym wspomniał bioforger. Na pierwszej mamy uroczą, wywołującą mimowolny uśmiech, ale niegłupią zabawę „dla każdego”. Na drugiej zaś dający mnóstwo możliwości edytor poziomów, który jest prawdziwym hołdem złożonym dziecięcej wyobraźni, ale który jednocześnie do stworzenia naprawdę niezłych plansz wymaga umiejętności, kreatywności i inteligencji właściwych dorosłym.

  5. Ile jest prawdy w stwierdzeniach, że edytor LBP jest dość trudny w praktyce? Spotkałem się z takimi stwierdzeniami, ale nie wiem jak jest w rzeczywistości. Poza tym istnieje masa gier PC, do których tworzyć można i tworzone być mogą mody. I nikt nie kontroluje ich zawartości, twórcy mogą popuścić wodze fantazji, które w przypadku LBP trzyma w rękach Sony. Już słychać, że tego nie można, tamtego nie wypada etc. Jak widać, musiałem ponarzekać :). A z tymi dziećmi…. Ja się nie wypieram, ale rzeczywiście oczekuję już czegoś więcej niż bezsensownego klikania. I nie wiem czy wynika to tylko z wieku. Po prostu naklikałem się już życiu i nudzi mnie to po prostu. ie mogę się nadziwić, że ktoś, kto gra już trochę nie dostrzega albo u nie przeszkadza, że serwuje nam się ciągle to samo i jeszcze potrafi się tym ekscytować. To tak jakbym chodził do kina na ciągle te same filmy albo czytał ciągle te same książki. Większość graczy jest jednak niespełna rozumu. I wiek nie ma tu wiele do rzeczy. Pozdr.

  6. Oj nef – a nie masz takich książek albo filmów do których wracasz wielokrotnie pomimo że znasz ich treść na pamięć? Chociaż może to nie najlepsze porównanie – ale literatura, kino czy muzyka też powiela schematy. Czasem nawet te ambitne są powielaniem a mimo to uznaje się je za ambitne i wartościowe dzieła. I często oglądamy właśnie takie same filmy lub czytamy takie same książki bo po prostu lubimy dany gatunek, autora bądź coś tam nas do nich przyciąga (no chyba że tylko ja tak mam). Nie mówiąc już o tym, że żeby naprawdę poznać „utwór” trzeba wielokrotnie go przetrawić. Co doprowadziło mnie właśnie do myśli – ile gier przeszliście wielokrotnie od początku do końca tak żeby zbadać wszystkie ścieżki, rozkuć wszystkie bonusy itp. itd. Czasem może się okazać że coś co z wierzchu i na pierwszy rzut oka wygląda jak kalką wcale nią nie jest (wiem że w przypadku gier trochę tu naginam rzeczywistość ale tylko trochę) A to wszystko piszę niejako na swoją obronę bo lubię też gry które są tylko klikaniem, czasem nawet zupełnie bezmyślnym ale połączone z miła oprawą audio-wizualną odprężają mnie i uważam że pomimo ich wtórności w jakiś sposób jednak się wyróżniają. Myślę, że ludzie zdają sobie sprawę z wtórności wielu gier ale im to po prostu nie przeszkadza…

  7. @ nef
    Oczywiście – bogactwo modów do gier na PC jest nie do przecenienia. Jednak modowanie jest raczej, poza nielicznymi wyjątkami, praktyką zarezerwowaną głównie dla prawdziwych pasjonatów (często trzeba mieć dodatkowe narzędzia, znać język programowania itp). LBP czyni proces tworzenia bardziej przystępnym. Nie znaczy to, że edytor jest prosty czy łatwy – to prawda, że w celu stworzenia czegoś naprawdę niezłego, trzeba poświęcić sporo czasu i pogłówkować. Ale wówczas otwierają się niemal nieograniczone możliwości: okazuje się, że to nie tyle edytor poziomów, co edytor gier w ogóle (i nie tylko gier zresztą). To zadziwiające, jakie cuda potrafią wyczynić za jego pomocą ludzie. Pozwolę sobie zacytować fragment recenzji z Edge’a:
    „Vertical and horizontal scrolling shooters, Mario clones, dialogue-driven adventure games, music boxes, score attacks, machinima, beat ’em ups, racing games, pixel art, classroom experiments, boardroom presentations: all and more are possible.”

    @ JasioPepesza
    Nie chcę tu wchodzić w buty nefa, bo pewnie sam zechce uściślić, co miał na myśli :) Wydaje mi się jednak, że chodziło o to, by wtórność nie dominowała tak drastycznie nad świeżością i oryginalnością, jak jest obecnie. To prawda, że wszyscy mamy swoje ulubione gatunki/style/motywy/konwencje, do których z chęcią wracamy (czasem nawet zdając sobie sprawę z ich wtórności), ale chcąc poszerzać horyzonty warto sięgać co jakiś czas po coś nowego, a tego „nowego” w świecie gier często bywa jak na lekarstwo.

  8. Jeśli mogę się wtrącić w kwestii edytorów do gier – często jest tak, że można w nich zrobić dosłownie wszystko, ale to wymaga miesięcy/lat praktyki i ogromnej wiedzy (UnrealEd), albo producenci nie dodają ich wcale ;) Ewentualnie ich możliwości są równie wyrafinowane jak zestaw klocków duplo, czy coś w tym rodzaju :) W grach na konsole generalnie edytorów się nie wydaje, albo są one właśnie mocno uproszczone. LBP robi wyjątek, przesuwając akcent w stronę pełnoprawnych aplikacji do tworzenia gier i to chyba dobry znak :)

  9. No rzeczywiście, wygląda na to, że nie media nie przesadzały. LBP to rewolucja w grach.
    Słyszałem, że narzędzia oferowane przy np. Morrowindzie czy NWN pozwalały robić sporo fajnych rzeczy przy niewielkiej w sumie wiedzy i niewielkim w sumie nakładzie pracy. Ale to pewnie tylko pogłoski. Zresztą gdzie tym tytułom do LBP :)

  10. Ciekawe, bo akurat miałem ” w rękach” edytory do NWN czy Morrowinda i proste to one nie były, zwłaszcza jak ktoś chciał zrobić coś całkowicie swojego, a nie tylko klecić dodatkowe lokacje z zasobów udostępnionych przez twórców (static meshe o budowie modularnej nieco ułatwiały sprawę, ale tylko nieco ;) ).

  11. Dlatego napisałem, że to najpewniej tylko pogłoski. A jak wypada ich porównanie w tym kontekście z LBP w Twojej ocenie?

  12. Edytor do LBP jest z jednej strony łatwiejszy, bo budowanie poziomów to głównie składanie elementów przygotowanych przez twórców. Cały interfejs ma charakter głównie obrazkowy. Z drugiej strony, tych opcji jest naprawdę mnóstwo, zaś układanie wszystkiego za pomocą pada jest dość męczące. Wymienione przez Ciebie edytory do gier na PC to praktycznie narzędzia, przy pomocy których developerzy stworzyli grę, jedynie odcinając użytkownikom dostęp do cennych danych o silniku gry, uniemożliwiając wgląd w jego kod i ewentualną modernizację.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s