Zawsze lubiłam sprzątać

Nie, to wbrew pozorom nie osobiste wyznanie, tylko tytuł piosenki Martyny Jakubowicz, który akurat dobrze pasuje do tego wpisu :) Postanowiłam uporządkować nieco czwartą, linkową kolumnę Altergrania. Usunęłam z niej odnośniki do stron, które od kilku miesięcy nie są aktualizowane, a które w momencie, gdy zakładałam bloga, jeszcze funkcjonowały. Dodałam za to nowe, znalezione i zasubskrybowane przeze mnie w międzyczasie – dotyczy to zwłaszcza blogów zagranicznych i polskich. Prowadzone są przez badaczy, dziennikarzy, twórców, albo po prostu graczy. Niektóre utrzymane są w poważniejszym, inne w lżejszym tonie. Wszystkie łączy jedno: ciekawy sposób pisania o grach i/lub kulturze grania. Polecam kliknąć, przeczytać po kilka wpisów i sprawdzić, czy tematyka i styl autora nam odpowiadają. Warto.

Poza blogami dodałam linki do trzech tematycznych serwisów – kompleksowych źródeł informacji o tym, co dzieje się w konkretnych gałęziach rynku: Serious Games Source („gry poważne”), Worlds In Motion (gry MMO i wirtualne światy online) oraz Indie Games (gry niezależne).

Wiosenny wzrost blogosfery

Z przyjemnością informuję o dwóch nowych polskich blogach poświęconych grom, których autorzy zdecydowali się pisać o nich z nieco innego punktu widzenia, niż czyni się to zazwyczaj (i choćby dlatego od początku darzę je sympatią, bo nie ukrywam, że cel przyświeca mi podobny). Pierwszy blog to AntyGry, którego celem jest „poszukiwanie ambitnych i nowatorskich motywów w grach”, a przeznaczony jest „dla doświadczonych i wymagających graczy”. Drugi to Branża gier, poświęcony PR, marketingowi i reklamie (autor jest pracownikiem agencji Public Relations Edelman Polska, świadczącej swe usługi m.in. dla marki Xbox 360). Oba blogi mają zaledwie parę tygodni i kilka wpisów, więc autorzy zapewne rozwiną jeszcze skrzydła (czego im szczerze życzę – podobnie jak wytrwałości), ale od razu widać, że warto zacząć je śledzić.

Osobiście bardzo cieszy mnie (i wiem, że nie tylko mnie) poszerzenie skromnej póki co w rozmiarach polskiej blogosfery o grach – zwłaszcza, że jeden z blogów prowadzony jest przez osobę, która branżę gier zna, przynajmniej w jednym aspekcie, od podszewki (tego u nas, poza blogami twórców Wiedźmina, chyba jeszcze nie było). Przede wszystkim zaś mam nadzieję, że będzie okazja do ciekawej międzyblogowej dyskusji i wymiany opinii. I żeby nie tracić czasu, a po części również do tej dyskusji zaprosić, pozwolę sobie odnieść się pokrótce do pewnego przekonania, któremu wydaje się hołdować i jeden, i drugi bloger (zwłaszcza autor AntyGier), a które charakterystyczne jest zresztą dla wielu innych starszych wiekiem i doświadczeniem graczy.

Na blogu Branża gier w poście na temat poszerzenia publiczności gier o nowe grupy społeczne i wiekowe czytamy:

Szkoda jedynie, że tak jak w przypadku każdego wzrostu popularności i „umasowienia”, następuje stopniowy regres dotyczący nie tylko oprawy graficznej gier, ale niestety także warstwy fabularnej, czy mechanizmów rozrywki. Proste machanie ręką w salonie zastępuje to z czym kojarzyliśmy gaming do tej pory – skupieniem, głębokimi emocjami oraz prawdziwym przeżywaniem wydarzeń.

Na blogu AntyGry autor pisze z kolei:

(…) jako długoletniego odbiorcę martwi mnie kondycja i kierunek rozwoju rynku elektronicznej rozrywki. Mimo ogromnych obrotów finansowych, zwiększającej się sprzedaży i popularności gier coś się jakby zatrzymało. Coś się zacięło. Producenci w większości olali potrzeby mojego pokolenia. Pokolenia, które granie ma we krwi. Pokolenia, które wraz z rozwojem elektroniki dorosło i chce grać w produkcje ambitne, gry dla dojrzałych.

oraz:

Gry bywają dyskryminowane przez samych ich twórców, producentów, wydawców i coraz częściej odbiorców. Ich poziom dojrzałości, artyzmu, nowatorstwa czy złożoności bywa zaniżany z powodu ryzyka inwestycyjnego, pozornego braku grupy docelowej, „nacechowania branży”, uprzedzeń, dobrych zysków z łatwej do zrobienia miernoty itd.
Ten blog będzie moim małym protestem przeciw tej dyskryminacji. Będzie poszukiwaniem w grach cech, za które coraz częściej w recenzjach dostają punkty ujemne lub przynajmniej nie dostają dodatnich. Sztuki, fabuły, złożoności, nieprzewidywalności, wyzwań logicznych i naukowych, zagadnień psychologicznych, filozoficznych i społecznych czy realizmu.

Muszę przyznać, że mam do tych słów stosunek dość ambiwalentny. Z jednej strony dobrze rozumiem obawy i rozgoryczenie – któż z nas nie chciałby, by gry dojrzewały jako medium i były coraz bardziej ambitne? – z drugiej zaś wyczuwam w nich pewne niezrozumienie znaczenia zmian, które zaszły w ostatnich latach. I nie mam tu nawet na myśli irracjonalnej często nostalgii za dawnym stanem rzeczy. Proces „oddemonizowywania” gier i wprowadzania ich do powszechnej świadomości społecznej jako pełnoprawnej formy spędzania wolnego czasu, na który czekaliśmy od dawna i który powoli (u nas wręcz bardzo powoli) wreszcie się odbywa, wymaga znacznego poszerzenia gamy potencjalnych odbiorców, a co za tym idzie – również uproszczania rozgrywki. Te filmy i książki, które trafiają w gusta masowej publiczności i które nastawione są przede wszystkim na zysk, także przecież najczęściej nie grzeszą głębią. To zupełnie normalne rozwarstwienie grup docelowych znane z innych branż rozrywkowych, które powoli zaczyna przechodzić do świata gier i wbrew pozorom świadczy właśnie o jego dojrzewaniu. Narzekanie na niski poziom artyzmu, nowatorstwa i złożoności gier, które tych cech z założenia posiadać nie mają – bo nie są przeznaczone do ludzi, którzy ich szukają – pachnie chyba lekką naiwnością. Dzieła wymagające od odbiorcy wiedzy, zaangażowania i wysiłku są w każdej dziedzinie mniejszością i trudno o bardziej oczywiste stwierdzenie. Ale jeśli to ich potrzebujemy i chcemy – zawsze uda się je znaleźć i sam autor AntyGier to udowadnia, omawiając gry, które wyróżniły się według niego na tle innych i dały nadzieję na przyszłość.

Nasuwa mi się w tym miejscu jeszcze jedna refleksja, niezwiązana już bezpośrednio z przytoczonymi cytatami. Nie wiem dlaczego w środowisku graczy – mam tu na myśli zwłaszcza polskich graczy, ale nie tylko – panuje dość powszechne przekonanie, że gracz, który szuka w elektronicznej rozrywce artyzmu, dojrzałości i głębi, nie powinien skalać się tytułami pozbawionymi wygórowanych ambicji, przeznaczonymi do nieskomplikowanej, „dziecinnej” nawet zabawy. Czy miłośnik filmów Almodovara lub Greenawaya nie może równie chętnie, choć w innym celu, oglądać komedii romantycznych lub animacji studia Pixar? Szanujmy się jako odbiorcy, ale też nie róbmy z siebie snobów.