Płeć postapokalipsy

W „Fallouty” lubię grać głównie dla doznań estetycznych. Włóczenie się po zgliszczach cywilizacji i przesiąkniętych entropią pustkowiach sprawia mi perwersyjną wręcz przyjemność. I śmieci – całe zwały śmieci i złomu. Gros czasu gry spędzam na ich zbieraniu, sortowaniu, przerabianiu i sprzedawaniu. Jest w tym jakaś dziejowa sprawiedliwość, bo przecież przyszłym pokoleniom pozostawimy głównie śmieci właśnie.

Smogowy listopad za oknem i aktualne wydarzenia w Polsce i na świecie akuratnie z tym minorowym nastrojem współgrają. Te drugie również dlatego, że uniwersum „Fallouta” wydaje się być wymarzonym miejscem dla tych, którzy wierzą w społeczny darwinizm i przetrwanie najsilniejszych. Tu rządzą i stanowią prawo ci, którzy władzę sobie wywalczyli, a skoro rządy i instytucje państwowe upadły, ludzie (zgodnie ze swoją barbarzyńską naturą) zwracają się przeciw sobie. My i oni, kto nie jest z nami jest przeciwko nam, damy odpór obcym – aż nadto dobrze znamy tę dominującą aktualnie retorykę. W ciekawym tekście Bellum omnia contra omnes Michael Clarkson analizował „Fallouta 3” w kontekście hobbesowskiej ciągłej walki o zasoby, bezpieczeństwo i rozgłos. W postapokaliptycznym świecie (tym i większości innych) realizuje się ona w najczystszej postaci, w dodatku zapewniając wygodne narracyjne usprawiedliwienie dla figury samotnego wędrowca/samotnej wędrowniczki, którzy walczą o przetrwanie. A tego nie da się osiągnąć bez stosowania przemocy. W tym sensie, jeśli przyjmiemy za kryterium zestaw cech standardowo identyfikowanych w naszej kulturze jako męskie, falloutowa postapokalipsa jest mężczyzną.

Altruistyczna, pokojowa, kooperatywna strona ludzkiej natury do takiej wizji niezbyt pasuje, również dlatego, że nie miała dotychczas przełożenia na warstwę rozgrywki. „Fallout 4” jest na tym tle wyjątkiem – wprowadza nową dla serii możliwość budowania osad i zarządzania nimi. Trochę jak w „Simsach”, trochę jak w „Minecrafcie”. Znaczną część czasu gry spędzać zatem można na porządkowaniu otoczenia, konstruowaniu nowych przybytków, meblowaniu i ozdabianiu opuszczonych budynków, doprowadzaniu do nich elektryczności, zapewnianiu dostępu do czystej wody, nawiązywaniu handlu między nimi, zbrojeniu przed ewentualnymi atakami wreszcie. Można nawet uprawiać mały ogródek! Wszystko po to, by mieszkańcy poczuli się bezpiecznie, a nowi osadnicy chętniej do nas przybywali.

fallout4

Zajęcie się taką codzienną, zwyczajną krzątaniną nadaje grze zupełnie nowy wymiar; oto czynności skupione na udomawianiu, normalizowaniu przestrzeni stają na równi z tymi skupionymi na jej zdobywaniu i podbijaniu. Budowanie staje się nie mniej ważne niż niszczenie. I wysyła sygnał, że w obliczu katastrofy ludzie mogą nie tylko ze sobą walczyć, ale też współpracować. Że skoro udało nam się stworzyć coś sprawnie działającego, to warto jest podzielić się tym z innymi, bo zyskamy na tym wszyscy.

W tym sensie falloutowa postapokalipsa staje się również po części kobietą.