Neonowe szkielety nie dostały pensji

lie3

Napisałam tekst, który dojrzewał mi w głowie od dawna – o tym, jak o kryzysie (ekonomicznym, a wraz z nim osobistym) opowiadają „Night in the Woods” i „Little Red Lie”. Obie gry robią to świetnie, a przy tym całkiem różnie. Zapraszam do lektury i gorąco polecam zagranie, jeśli nie mieliście jeszcze okazji (spoilerów w tekście brak!).

Podobno większość społeczeństwa dzieli od bezdomności tylko jedna wypłata. Nawet jeśli dzięki wsparciu rodziny i przyjaciół nie wylądujemy na ulicy, utrata pracy, zadłużenie, brak ubezpieczenia i inne problemy typowe dla ery prekariatu to już całkiem realne groźby. Także twórcy gier coraz częściej opowiadają o ludziach zmagających się ze społecznymi i psychologicznymi skutkami kryzysu ekonomicznego. W ten sposób zastępują tradycyjnego growego bohatera – jednostkę wyróżniającą się na tle ogółu – everymanem, w którym dostrzec możemy naszych krewnych, sąsiadów, siebie samych.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Reklamy

Niepokój na poddaszu

Indygo-Screen-1

Kusiło mnie, by „Indygo”, grze o depresji, dać taryfę ulgową. Powody były co najmniej trzy: jest polska, jest debiutanckim dziełem młodego studia i mierzy się z trudnym tematem. Uczciwiej – dla twórców gry, jej odbiorców, dla samego „Indygo” i gier w ogóle – było jednak tego nie robić. Moja recenzja:

Gra zaangażowana. Tak określają swoje dzieło twórcy „Indygo” i jest to według mnie pojęcie adekwatne, a w każdym razie lepsze niż bezpośrednie spolszczenie terminu serious game. Nie mgliście rozumiana „powaga” jest bowiem wyznacznikiem tego typu gier, a raczej podjęta tematyka – emocjonalnie trudna i społecznie istotna zarazem. Może to być oswajanie się ze śmiertelną chorobą dziecka („That Dragon, Cancer”), analiza ludzkich postaw w sytuacji kryzysu politycznego („1979 Revolution: Black Friday”) czy przepracowanie krzywdy doznanej przez ojca alkoholika („Papo & Yo”).

W przypadku „Indygo” jest to depresja; młodzi twórcy ze studia Pigmentum – studenci Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach i Politechniki Śląskiej – postawili sobie za cel oddanie stanów psychicznych towarzyszących tej chorobie i przeciwdziałanie stygmatyzacji cierpiących na nią osób. Cel to szczytny i ambitny, choć w świecie gier bynajmniej nie nowy – tytułów poświęconych depresji powstałych w ostatnich latach jest już co najmniej kilkanaście. Tym bardziej istotne wydaje mi się, by nie poprzestawać na chwaleniu za samą odwagę podjęcia trudnego (również w sensie rynkowym) tematu, tylko przyjrzeć się uważnie efektowi. Dzieło mocne merytorycznie może być słabe artystycznie i vice versa, wiadomo.

Więcej na Dwutygodnik.com.

W sercu ciemności

hellblade1

Mroczna podróż w mitologiczne zaświaty jako alegoria walki z psychozą – Hellblade: Senua’s Sacrifice balansuje na granicy nieznośnego patosu, ale ostatecznie wygrywa dzięki emocjonalnej szczerości. Zapraszam do lektury mojej recenzji gry:

Znamienne: w scenie otwierającej „Hellblade: Senua’s Sacrifice” pierwsze nazwisko, które pojawia się na ekranie, nie należy do reżysera ani producenta gry. Również nie do jej dyrektora artystycznego ani aktorki odgrywającej główną postać. Najpierw widzimy nazwisko Paula Fletchera, profesora neurobiologii z Uniwersytetu w Cambridge. W procesie produkcji gry odgrywał rolę konsultanta do spraw zdrowia psychicznego, zapewniając możliwie wierną reprezentację dręczącej tytułową bohaterkę psychozy.

W pierwszej scenie, która ustawia pod względem nastroju całą grę, młoda piktyjska wojowniczka Senua płynie wolno łódką w dół rzeki. Jest mgliście, niepokojąco, a gdy na brzegach dostrzegamy drewniane pale z nabitymi na nie ciałami – koszmarnie. Senua wkracza w piekielne zaświaty. Zaczyna się jej osobista podróż do jądra, albo jak chce Jacek Dukaj w nowym tłumaczeniu powieści Conrada, „serca ciemności”.

Więcej na Dwutygodnik.com.

Granie behawioralne: refleksje o „The Walking Dead: A New Frontier”

Są co najmniej dwa powody, dla których trzeci sezon gry „The Walking Dead” powinien pozostawić mnie obojętną. Pierwszym jest zmęczenie materiału; motyw zombie w popkulturze, jakkolwiek adekwatny i nośny jako metafora społecznych lęków, jest już mocno zgrany i może nużyć. Drugim jest niepokojąca nadaktywność studia Telltale Games w obszarze epizodycznych przygodówek. Format, który dobrze poradził sobie na rynku i zdążył zyskać uznanie krytyków oraz sympatię publiczności, zaczął być parowany z coraz to nowszymi markami. Mam wrażenie, że ilość zaczęła przyćmiewać jakość, jakby na każdą udaną serię („Tales from the Borderlands”) miała przypadać jedna średnia („Game of Thrones”) i na dokładkę jedna słaba („Minecraft: Story Mode”).

A jednak, ku mojemu zaskoczeniu, „A New Frontier” wyłamało się z tendencji zniżkowej, wywołując we mnie może nie tak silne emocje, jak poprzednie sezony „The Walking Dead” (a zwłaszcza pierwszy), ale niemal im pod tym względem dorównując. I piszę to po ukończeniu dwóch epizodów z wyraźnym przeczuciem, że pozostałe również nie zawiodą. Nowy protagonista Javier Garcia, na poły everyman, na poły życiowy nieudacznik, wypada wiarygodnie. Pojawia się też Clementine, tym razem jako postać niezależna, w wersji nieco starszej i bardziej twardzielskiej. Obserwowanie kolejnego etapu ewolucji postaci, którą wcześniej pomagaliśmy kształtować, sprawia niemałą satysfakcję. Drogi Clem i Javiego przecinają się, kiedy on z rodziną wpada w tarapaty, a ona chce wykorzystać sytuację; koniec końców dochodzą do porozumienia i zaczynają współpracować, choć nie bez wzajemnej nieufności.

twd3

Sposób nakreślenia więzi Javiera z najbliższymi to jeden z najjaśniejszych punktów tego sezonu. Jego rodzina jest dysfunkcyjna, patchworkowa, pełna skomplikowanych współzależności i napiętych relacji. Ich genezę poznajemy częściowo w retrospektywnych scenach sprzed apokalipsy, częściowo przez prowadzone aktualnie rozmowy, a właściwie czytanie między ich słowami. Naturalnie brzmiące dialogi, dobrze napisane postaci, składające się głównie z mniejszych i większych słabości, ale z ukrytymi pokładami humanitarności, skoncentrowane na własnym przetrwaniu, ale zdolne do aktów poświęcenia – za to najbardziej lubię tę serię. Za obraz człowieczeństwa w jego najgorszym i najlepszym wydaniu zarazem.

Bo przecież nie za dorzucone na siłę dla „ugrowienia” QTE ani za pożal się boże sekwencje „eksploracji” otoczenia w poszukiwaniu wskazówek. Ani nie za fabułę, schematyczną do granic możliwości, kiedy każdy przyczółek musi prędzej czy później zostać zaatakowany przez zombiaki albo zbirów, a każdy etap względnego spokoju zakłócony dramatycznym incydentem. Ani nawet nie za możliwość współtworzenia przebiegu wydarzeń i wpływania na obraz protagonisty w oczach towarzyszy, słynne „Clementine to zapamięta”, choć przecież to sprawnie działająca i emocjonalnie angażująca iluzja.

Im dłużej zastanawiam się nad sednem mojego upodobania gier z serii „The Walking Dead”, tym częściej na myśl przychodzi mi behawioryzm – w sensie nie tyle psychologicznym, co literaturoznawczym. Skojarzenie być może dziwaczne, ale chyba nie bezpodstawne. Technika pisarska stosowana przez Steinbecka czy Hemingwaya, a u nas na przykład przez Borowskiego w poobozowych opowiadaniach (ech, licealne wspomnienia) nie należy do moich ulubionych. Od opisów ludzkich zachowań i przytaczania wypowiedzi z perspektywy zdystansowanego narratora wolę w beletrystyce introspekcje, monologi wewnętrzne, grzebanie się w psychice bohaterów. W grach, z oczywistych powodów, o nie trudno – tam lepiej sprawdza się właśnie narracja oparta na pokazywaniu nagich odruchów i reakcji, odartych z psychologizującego zaplecza. To my, jako odbiorcy, możemy je następnie interpretować i nadawać im głębsze znaczenia, pozwalając sobie na ocenę danej postaci. Kiedy jeden z towarzyszy Javiera zaczyna nagle celować do niego z broni, możemy tylko domyślać się, co stoi za jego zachowaniem – ale najpierw musimy na nie zareagować. Kiedy w mocno napiętej sytuacji gra każe nam wybrać, czy Javier ma spełnić żądanie bandytów, czy im się postawić, w obu przypadkach ryzykując życie przyjaciółki, możemy tylko na poły odruchowo podjąć szybką decyzję, którą zracjonalizujemy sobie (albo i nie) na spokojnie później. Procesy myślowe następują tu zawsze post factum – wcześniej działają instynkty i odruchy, „głos natury”, który przypomina, że człowiek pozostaje zwierzęciem. I że jego „zwierzęcość” (nie tylko w sensie negatywnym, bo przecież altruizm jest też ewolucyjnie uwarunkowany) ujawnia się w pełnej krasie w sytuacjach ekstremalnych i transgresywnych, kiedy warstwa cywilizacji odpada łatwo jak skóra z zombie w stanie zaawansowanego rozkładu.

Pozwolę sobie jeszcze na odrobinę licealnej egzaltacji, przywołując powtarzane do znudzenia, ale przez to nie mniej mądre słowa Szymborskiej: tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono. Bohaterowie „The Walking Dead” co krok dowiadują się o sobie więcej, niżby kiedykolwiek chcieli – a wraz z nimi, w pewnym sensie, również i my.

Wielkie sprzątanie świata

Wszyscy mamy jakieś dziwactwa i słabostki. Ja na przykład lubię porządek. Prawdopodobnie trochę za bardzo. Lubię mieć wszystko poukładane i zaplanowane, pod kontrolą. Nie lubię zaś nadmiaru i chaosu. Jak wiadomo, życie – z właściwym sobie wdziękiem cynizmem – lubi natomiast grać takim osobom jak ja na nosie. I tu w sukurs przychodzą gry, w których przy mniejszym lub większym wysiłku można zapanować nad materią, ujarzmić ją. Poznając dobrze reguły panujące w wirtualnym świecie, można uniknąć bałaganu i przykrych niespodzianek. Można poczuć moc wynikającą z faktu, że wszystko zależy tylko od nas. Czasami tego właśnie od gier potrzebuję: możliwości podrapania swędzącego miejsca w mózgu. Mówiąc ładniej: zaspokojenia konkretnej psychicznej potrzeby.

Przykład? Kiedy parę lat temu przeprowadziłam się z rodziną do innego miasta, jedną z pierwszych rzeczy, które zrobiliśmy, było (a jakże) rozpakowanie i podłączenie konsol. Przez kilka początkowych dni w nowym miejscu większość czasu spędzałam grając, na przemian, w Beautiful Katamari i Katamari Forever. Wtedy nie przyszło mi to na myśl, ale dziś dostrzegam, że w jakimś sensie pomogło mi to nabrać sił, by zabrać się w końcu za rozpakowywanie kartonów i załatwianie dziesiątków rozmaitych spraw. Zapanowanie nad światem gry uczyniło porządkowanie chaosu, jaki towarzyszy rozpoczynaniu nowego rozdziału w życiu, bardziej znośnym.

Przypomniałam sobie o tym niedawno, przechodząc na Vicie ostatnią odsłonę tego samego cyklu – Touch My Katamari. Nie bez kozery były to właśnie te gry; wydają się być stworzone z myślą o takich amatorach ładu i prostoty jak ja. Seria autorstwa Keity Takahashiego pozostaje przy tym jedną z najoryginalniejszych w historii gier, choć bywa zbyt łatwo szufladkowana, zwłaszcza u nas, jako infantylne japońskie kuriozum.

kd

Pierwsza gra z serii – Katamari Damacy – ukazała się w 2004 roku na PlayStation 2, a kolejne, poza pewnymi różnicami w sterowaniu i dodanymi opcjami sieciowymi, właściwie niewiele się od niej różnią. Koncepcja pozostaje ta sama: zajmujemy się toczeniem kuli – tytułowego „katamari” – do której przyklejają się rzeczy i żywe istoty. Im więcej ich przykleimy, tym większa staje się kula, co z kolei pozwala nam na przyklejanie jeszcze większych rzeczy i istot. A wszystko to przy akompaniamencie eklektycznej mieszanki j-popu, jazzu, samby i nowoczesnej elektroniki, na którą nakłada się kakofonia dźwięków wydawanych przez wszystkie części składowe kuli.

Zaczynamy od drobnych przedmiotów codziennego użytku: spinaczy, plastikowych butelek, baterii, monet. Skala stopniowo rośnie: gdy wytaczamy się z domu na ulicę, możemy już łapać kaczki w stawie i rowerzystów, a potem drzewa i budynki. Na końcu przychodzi kolej na wulkany, chmury, wyspy, a ostatecznie całe kontynenty i nawet księżyc. Po co to robimy? Powód właściwie nie jest potrzebny, ale gra dostarcza go z właściwym sobie poczuciem purnonsensu: oto Król Całego Kosmosu strącił przypadkowo po pijaku gwiazdy z nieba. Wysyła zatem swego syna Księcia na Ziemię, by utoczył odpowiednio duże kule, które, wystrzelone w kosmiczną przestrzeń, będą mogły zastąpić ciała niebieskie.

Cudowne, nieprawdaż?

Sceptycy muszą uwierzyć mi na słowo, że zajmowanie się tak absurdalnie brzmiącą i wyglądającą czynnością potrafi dostarczyć mnóstwo radości. To jedna z tych gier, którym udaje się uchwycić esencję dzieciństwa. Pozwala nam przenieść się do czasu, kiedy funkcjonowanie w świecie o rozmiarach znacznie przekraczających nasze było zarazem wyzwaniem i przygodą. Daje satysfakcję, kiedy uda nam się dostać w miejsca wcześniej niedostępne. Wreszcie – realizuje dziecięcą fantazję o wszechmocy. Prawdopodobnie dlatego Katamari Damacy zostało w 2012 roku jednym z eksponatów wystawy „Century of the Child: Growing by Design” w nowojorskim Museum of Modern Art.

Ale – jest zarazem Katamari grą przewrotną i wyrafinowaną. Ma w sobie pewną ambiwalencję, która trafnie charakteryzuje naturę współczesnego człowieka. Toczenie kuli jest jednocześnie aktem niszczenia i tworzenia. Czyścimy pomieszczenia, miasta, a w końcu całą Ziemię z całych mas rzeczy, które wytworzyli ludzie, przywracając naszą planetę do stanu niemal pierwotnej natury. To miód na serce przeciwników nadmiernej konsumpcji i gromadzenia dla samego gromadzenia. Ale powstawaniu naszego katamari towarzyszy podobna chęć, by mieć więcej i więcej – by w jednym miejscu zebrać wszystko, co się da. Odnajdą się w tym zwłaszcza osoby o naturze kolekcjonerów. Z tym, że kolekcjonowanie jest tu doprowadzone do absurdu, w którym większe znaczenie od wartości wchodzących w skład kolekcji obiektów ma jej kompletność.

kd3

Bo monstrualna hybryda, którą tworzymy, tylko pozornie jest bezładna. W każdym momencie możemy zatrzymać toczenie i w menu gry sprawdzić, jaki w danej chwili ma rozmiar i z czego dokładnie się składa. Dzięki temu dowiadujemy się na przykład, że jest wielka jak odpowiednik dwudziestu żaglówek albo stu pięćdziesięciu kręgli. Widzimy też, ile danych przedmiotów czy istot zgromadziliśmy – gra dzieli je na kategorie i kataloguje, przypisując każdej procent skompletowania. Można odczytywać to jako subtelny komentarz do tak charakterystycznej dla współczesnego społeczeństwa potrzeby ciągłego porównywania, kto ma więcej i lepiej. Do wyobrażenia szczęścia i spełnienia mierzonego w ilości i różnorodności zgromadzonych dóbr materialnych, wrażeń, a nawet przyjaciół i partnerów, traktowanych instrumentalnie jak zdobycze. W bardziej optymistycznym wariancie możemy spojrzeć na nasze katamari jak na żywy obraz inwencji i kreatywności ludzkiej, zachwycającej umiejętności tworzenia przeróżnych przedmiotów przydatnych do rozmaitych celów. Jedno odczytanie nie przeczy zresztą drugiemu, i na tym również opiera się niejednoznaczność dzieła Takahashiego.

A tak mówi o nim sam twórca [fragment wykładu wygłoszonego podczas Game Developers Conference w 2009 roku]:

In Katamari Damacy, I wanted to show an ironic point of view about the consumption-based society. But I wanted to make more objects – if it were empty, I would feel empty or lonely. But when these objects are rolled up and absorbed by the Katamari, they’re gone. Then I felt empty. I feel the same way about disposable society. I think I could successfully express my cynical stance toward consumption society with Katamari, but still, I felt empty when the objects were rolled up.

Pomijając antykonsumpcyjny przekaz, poczucie pustki, o którym mówi Takahashi, obrazuje też pewien paradoks: możemy nie lubić chaosu i nadmiaru, ale jednocześnie ich potrzebujemy. Kiedy już sprzątnę w szafie, zrobię porządek w dokumentach i na pulpicie, posortuję kolekcję płyt, obrobię się z pracą, zaplanuję wydatki i co tam jeszcze – mam poczucie spełnienia, ale nie trwa ono zbyt długo. Sam proces okazuje się zwykle bardziej satysfakcjonujący niż efekt końcowy. I zaraz potem pojawia się kolejny bałagan do uprzątnięcia i kolejne zadanie do wykonania. Jakkolwiek trudne i niewdzięczne mogą wydawać się na początku, zajęcie się nimi pozwala na nowo wypełnić tę pustkę. W grach jest jeszcze łatwiej – wystarczy włączyć kolejną planszę.