Zaciskająca się pętla

Skoro już (w końcu!) sięgać po jakąś grę, to czemu nie postawić na pewniaka z Annapurna Interactive? Wydawane przez nich tytuły nie zawsze są świetne, ale zawsze niebanalne i frapujące. Świeżutkie „12 minutes” Luísa António należy raczej do tej drugiej kategorii.

Fabułę opartą na pętli czasowej trudno oczywiście uznać za nowatorski pomysł (również w grach), ale historia faceta, który wraca do domu na romantyczny wieczór z żoną, a niecały kwadrans potem umiera duszony przez intruza, który wcześniej zdążył oskarżyć ją o morderstwo własnego ojca, potrafi wciągnąć.

Dużo się w „12 minutes” udało: duszna, klaustrofobiczna atmosfera mieszkania, którego nie opuszcza akcja. Voice acting w wykonaniu Dafoe, McAvoya i Ridley, który dźwiga na sobie emocjonalny ciężar konwersacji, bo twarzy postaci nie widzimy – całość pokazana jest z góry, wzmagając wrażenie labiryntu, po którym się miotają. Przede wszystkim zaś sama konstrukcja zagadki pozwoliła zbudować na kanwie pętli czasowej ciekawe intelektualne wyzwanie. Za każdym razem, kiedy trafiamy na początek, mamy nowy trop do sprawdzenia czy teorię do przetestowania, bo nawet pozornie nieznaczące słowa czy drobinki informacji pchnąć mogą nas na właściwy tor. W efekcie również nasze porażki – a będzie ich po drodze do zakończenia sporo! – pozwalają dodać kolejny element do układanki.

Szkoda tylko, że rozwikłanie zagadki rozczarowuje: misterna konstrukcja okazuje się wydmuszką, zaczynają wyzierać spod niej logiczne dziury i psychologiczne mielizny. Trochę jakby António naoglądał się filmów Hitchcocka i Nolana, ale zabrakło mu warsztatowej sprawności albo bardziej doświadczonej współscenarzysty.

Ale i tak warto zagrać w tę przygodówkę point and… przepraszam – „interaktywny thriller”.