Ostatni z nich

Łatwo mnie kupić postapokaliptycznymi wizjami. Wiem: zostały już w rozlicznych tytułach wyeksploatowane do cna, zajechane do znudzenia. Zwłaszcza w ostatnich latach. A jednak wciąż – jeśli umiejętnie zrealizowane – przemawiają do mojej wyobraźni, angażują, wciągają. Nie wiem, czy chodzi bardziej o wiwisekcję człowieczeństwa w ekstremalnych warunkach, w których role społeczne pisane są na nowo, czy o ponurą estetykę świata, gdzie na każdym kroku spotkać można ślady zniszczonej cywilizacji. Pewnie po części jedno i drugie. Wspaniałe w tym gatunku jest też między innymi to, że mieści w sobie zarówno popkulturowe evergreeny spod znaku Mad Maksa i Terminatora, jak i dotykające filozoficznych i egzystencjalnych kwestii powieści McCarthy’ego, Saramago czy Atwood.

No i gry, oczywiście, z ich unikalną możliwością wejścia w postapokaliptyczną przestrzeń. „The Last of Us” – połączenie, używając blurbowego języka, „Drogi” i „Ludzkich dzieci” – nie mogło mi się nie spodobać. To nie jest, rzecz jasna, gra idealna, ale wiele udaje jej się świetnie. Wyraziste, dalekie od sztampy kobiece postacie (co powinno być standardem w grach, a wciąż nie jest). Detale, takie jak odnajdywane w dawno opuszczonych domach listów ich mieszkańców do bliskich; za każdym kryje się rozdzierająca serce historia. Świeżo prezentujący się zombie – zaatakowani przez pasożytniczego grzyba ludzie na różnych etapach choroby, stopniowo tracący człowieczeństwo. Pełnoprawny względem otwartej konfrontacji tryb skradania. Dyskomfort wynikający z konieczności zatłuczenia przeciwnika cegłą czy uduszenia, gdy do konfrontacji jednak dojdzie. Mocne zakwestionowanie tropu bohaterstwa opartego na przemocy, podtrzymywanego zresztą przez poprzednie gry studia Naughty Dog, w których zawadiacki, czarujący Nathan Drake zabijał bez mrugnięcia okiem setki przeciwników. „The Last of Us” jest wciąż pełne przemocy, ale jest to przemoc, której daleko od heroizmu; wynika z desperacji, smutnej konieczności, uwarunkowań okrutnego świata. I niesie ze sobą ogromne koszta.

I jest jeszcze relacja między protagonistami gry, Ellie i Joelem, gęsta od znaczeń i emocji, głębsza od większości podobnych jej z innych gier. Poświęcam jej analizę (choć może to zbyt duże słowo) opublikowaną na Jawnych Snach. Zawiera spore spoilery, więc do lektury zapraszam tych, którzy „The Last of Us” już ukończyli lub i tak nie mają zamiaru tego robić. Ale tych drugich proszę o ponowne rozważenie decyzji; szkoda przegapić grę, która zostanie zapamiętana na lata.

Występy gościnne: L.A. Noire i Tomb Raider

Z odmętów mrocznego offu wypływam dla odmiany na powierzchnię, sięgając do gier z pierwszych stron portali internetowych i magazynów. Korzystając z odrobinę większej niż zwykle ilości wolnego czasu, napisałam dwa teksty dla zaprzyjaźnionych serwisów. Jeden ukazał się na Technopolis, a poświęcony jest ambiwalentnym odczuciom, jakie wzbudziło we mnie L.A. Noire, gra istotna i niezwykła, ale szalenie nierówna. Drugi z kolei trafił na Jawne Sny – piszę w nim o nowym Tomb Raiderze, a konkretnie o gruntownie odświeżonym wizerunku Lary Croft, który wbrew pozorom niekoniecznie jest zmianą na lepsze. Zapraszam do lektury:

Śniąc na jawie

Koniec zasłużonego działu o grach w dodatku „Kultura” do „Dziennika Gazety Prawnej”, który zaskoczył nas nagle latem ubiegłego roku, ma na szczęście swój pomyślny epilog. Dla tych, którzy nie śledzą losów polskiego dziennikarstwa o grach na bieżąco, dobrą wiadomością będzie zapewne fakt, że teksty Olafa Szewczyka, gospodarza i spiritus movens nieodżałowanego działu, można od kilku miesięcy czytać w „Przekroju”. Ze zrozumiałych względów nie są one zbyt liczne i obszerne, ale… na szczęście duch „Kultury” przeniósł się też do sieci, gdzie panować może już bez ograniczeń. Z początkiem stycznia przyjął materialną, czy może raczej wirtualną formę serwisu Jawne Sny. Jeśli komuś z czytających te słowa umknął jakimś cudem ten fakt, marsz nadrabiać zaległości!

A jest co nadrabiać, bo w ciągu dwóch miesięcy na łamach Jawnych Snów pojawiło się już mnóstwo świetnych tekstów, które… ale oddajmy może głos autorom:

Czym Jawne Sny nie będą? Spieszącym się, by zdążyć przed innymi agregatorem doniesień ze świata przemysłu gier wideo. Słupem ogłoszeniowym rodzimych wydawców. Tabloidem. Raczej nie będziemy wpadać w ekstazę z powodu zapowiedzi kolejnego DLC do „Wielkiego Przeboju IV”. Donosić regularnie o aktualnej promocji na Steamie. Gry same w sobie – sączycie coś? Lepiej odstawcie filiżankę – w ogóle nie będą tu traktowane jako temat najistotniejszy. Owszem, kochamy je – i nienawidzimy, to naturalne przy tak silnym afekcie – i oczywiście o nich tu będziemy dyskutować, ale przyjmując raczej niepowszechną optykę. Otóż bardziej od samych gier interesują nas relacje na liniach gra – odbiorca, gra – kultura, itd. To, co z nami robią. Co dla nas znaczą. Ku jakim przestrzeniom nas wiodą.

Interesują nas echa, rezonanse, didaskalia. Przyczyny i konsekwencje. Niezadane pytania.

[edit: Nie bierzcie tego zbyt serio, znowu gorączkuje i go poniosło, chyba nie połknął proszków. Proszę wybaczyć koledze. No jasne, że będą też zwykłe teksty o grach, bez napinki – dop. K.z.Ch.*]

* Kot z Cheshire patronuje Jawnym Snom. Więcej na temat założeń i zasad serwisu znaleźć można tu, tu i tu.

Wspomniałam wyżej o autorach – liczba mnoga nie jest pomyłką. Poza Olafem, którego przedstawiać nie trzeba, drugą twórczą połówką Jawnych Snów jest Paweł Schreiber, wykładowca literatury brytyjskiej i amerykańskiej, znawca teatru, który zresztą był moderatorem panelu dyskusyjnego „Między sceną a konsolą” zorganizowanego w ubiegłym roku we Wrocławiu przez Instytut im. Jerzego Grotowskiego i redakcję magazynu Didaskalia. Teksty Pawła, łączące w sobie erudycję, autentyczną pasję i przystępność formy, czyta się z prawdziwą przyjemnością (sprawdźcie przykładowo minicykl Gra przestrzenią). Grono autorów Jawnych Snów, malowniczo zwane przez Olafa i Pawła „menażerią”, stale się zresztą powiększa; w ostatnich tygodniach dołączyły do niego nowe osoby i wszystko wskazuje na to, że na tym nie koniec.

I ja postanowiłam wesprzeć tę zacną inicjatywę swym skromnym udziałem. Na Jawnych Snach pojawił się mój tekst Gracz powszedni, w którym sięgam ponownie do jednego z leitmotivów swojej, ekhem, blogowo-publicystycznej twórczości. A propos tejże, na Altergranie zapraszam ponownie w pierwszej połowie kwietnia, zachęcając jednocześnie do korzystania z dostępnej na bocznym pasku możliwości zapisania się na mailowe powiadomienia o nowych wpisach.

A tymczasem – śnijmy na jawie!