Świat według ośmioletniego fana GTA

Tak się składa, że to kolejny wpis zainspirowany tym, co obejrzałam w telewizji. Tym razem padło na program zupełnie innego typu niż ostatnio – Świat według dziecka na kanale TVN Style.

„Świat według dziecka” jest prowadzony przez pedagog i psycholog rozwojową Dorotę Zawadzką, znaną skądinąd z innego programu produkcji TVN, „Superniania”. O ile jednak w drugim z przypadków mamy do czynienia z show pokazującym tyleż efektywne, co efektowne sposoby na radzenie sobie z problemami wychowawczymi, o tyle w pierwszym nacisk położony jest na mniej widowiskową analizę konkretnych przypadków, rozmowę z rodzicami, a przede wszystkim samymi dziećmi, które (jak to dzieci) w szczery i bezpośredni sposób przedstawiają własne spojrzenie na to, co dzieje się w ich domu. Oba programy łączy jedno: prowadząca w prostych słowach tłumaczy zagubionym rodzicom elementarne zasady postępowania z dziećmi (np. zasadę konsekwencji) i pokazuje, jak wprowadzać je w życie.

Do rzeczy jednak. Bohaterem odcinka, który miałam okazję zobaczyć, był ośmioletni Mateusz, chłopiec z syndromem wyuczonej bezradności (mama pakuje go do szkoły, ubiera, karmi zmiksowanymi zupkami). Mateusz jest jednocześnie dzieckiem wyjątkowo agresywnym; niszczy zabawki, wyzywa i bije dorosłych, wrzeszczy i przeklina. W programie, w trakcie rozmowy z Mateuszem przeprowadzonej przez psycholog, pada pytanie o to, w co najbardziej lubi się bawić. Chłopiec odpowiada, że najbardziej lubi grać. Dociekliwa rozmówczyni indaguje dalej i pyta o konkretne tytuły. Mateusz, wyraźnie zadowolony, z przebiegłą miną i znawstwem tematu wymienia: Resident Evil, Dead Rising, Silent Hill oraz oczywiście GTA – prawdziwy hit wśród dzieci wczesnoszkolnych, a nawet, jak się ostatnio dowiedziałam, przedszkolnych.

Łatwo w tym momencie wyobrazić sobie przebieg dalszej części programu: oto znaleziona została przyczyna agresywnego zachowania chłopca. Wystarczy zabronić mu dostępu do brutalnych gier dla dorosłych i Mateusz znów będzie grzeczny. Prowadząca nie idzie jednak w tę stronę. Owszem, wyraźnie piętnuje brak kontroli nad grami, którymi bawi się dziecko, ale sedno problemu dostrzega gdzie indziej. Chłopiec wychowywany jest bez żadnych zasad, a jego matka jest uległa – sama zresztą kupiła mu gry, które chciał, tylko dlatego, by choć na chwilę przestał szaleć i zajął się nimi w spokoju. W dodatku Mateusz jest częstym świadkiem kłótni między rodzicami, gdy w domu pojawia się ojciec (nie mieszka z nimi na co dzień) i nie są to drobne sprzeczki; padają najgorsze obelgi, dochodzi do rękoczynów.

Zostawmy na chwilę przypadek Mateusza. Niedawno czytałam w „Dużym Formacie” wywiad pt. Dwa szybkie w pupę z Mirosławą Kątną z Komitetu Ochrony Praw Dziecka. Polecam jego lekturę wszystkim obecnym i przyszłym rodzicom, bo dotyczy nie tylko tytułowych klapsów, ale też wielu innych istotnych kwestii związanych z relacjami rodzic-dziecko, m.in. mitu wychowania bezstresowego. Pozwolę sobie przytoczyć w całości jedno z pytań i odpowiedź na nie:

Niektórzy rodzice mówią, że są dzieci, do których nic nie dociera. Mówią: „Boli mnie głowa, proszę, wyłącz muzykę”. I to nie działa.

– „Bo dziecko jest nieznośne” – kwitują. Ja wtedy pytam, czy już takie było nieznośne, jak matka wróciła z nim ze szpitala. Oczywiście są dzieci, które przychodzą na świat – tak bardzo skrótowo – z pewnymi mikrouszkodzeniami w centralnym układzie nerwowym. Szacuje się, że takich dzieci jest ok. 2 proc. Na zewnątrz tego nie widać, bo to nie są tak duże uszkodzenia jak np. przy porażeniu mózgowym, ale proces pobudzania jest większy niż proces hamowania. Z tej grupy rekrutują się nasi ukochani ADHD-owcy. Więc właściwie tylko z tymi 2 proc. powinny być problemy. A jaki mamy procent trudnych dzieci choćby na poziomie szkoły podstawowej czy gimnazjum? Niektórzy szacują, że nawet około 40-50 proc. Co to oznacza? Że coś zepsuliśmy. My – dorośli, my – rodzice, my – wychowawcy, my – panie nauczycielki w przedszkolu, my – panie nauczycielki w szkole, my – media, dając im szkodliwe nierzadko treści, znowu – my rodzice, którzy dajemy na te media przyzwolenie. Telewizor, komputer, gry komputerowe to jest trzeci rodzic, który wlazł na głowę im wszystkim, wdarł się trochę jak koń trojański do domu za ich przyzwoleniem i wychowuje nasze dziecko. Jak wychowuje? Często bez kontroli, bo rodzicowi się wydaje, że to jest produkcja dla dziecka – bajeczka. A tam walec przejechał zajączka i zajączek leży na szosie – to jest akt okrucieństwa kompletnie dziecku wypaczający świadomość, bo w życiu realnym zajączek nie wstanie i nie pobiegnie dalej. Nie obwiniajmy dzieci o to, że gdy mają lat siedem i matka mówi, że ją boli głowa, to one wzruszają ramionami. Bo mieliśmy tych siedem lat na wychowanie.

Przykład z przejechanym przez walec zajączkiem wypaczającym dziecku świadomość jest przesadą, ale myślę, że celową – zamierzeniem jest zwrócić uwagę na problem zostawiania dzieci samym sobie z treściami, jakie odbierają korzystając z telewizji czy gier. Nie chodzi nawet o ewidentne błędy wychowawcze, takie jak używanie telewizora, komputera czy konsoli w roli nianiek, które zajmą się pociechą, gdy potrzebujemy czasu dla siebie. Tak naprawdę nie ma bowiem co się łudzić, że zdołamy uchronić dziecko przed widokiem wszechobecnej w mediach przemocy. Nawet jeśli będziemy pilnować, by w domu nie miało dostępu do filmów czy gier dla dorosłych, prędzej czy później zobaczy je na przykład u kolegi. W dodatku zyskają one dla niego wówczas smak owocu zakazanego – jeśli rodzice tak bardzo starają się, bym nie zagrał w GTA, to musi być to naprawdę świetna gra, którą koniecznie muszę sprawdzić. Zwłaszcza, jeśli dochodzi do tego presja rówieśników: jeśli nie grałeś w tę grę/nie oglądałeś tego filmu/nie masz tej zabawki, jesteś gorszy, inny. Indywidualizm jest cechą, którą większość dzieci wykształca dopiero w wieku lat nastu, wcześniej poczucie odstawania od grupy jest powodem nie do dumy, lecz wstydu. Jego smak znany jest nawet dzieciom, którym od najmłodszych lat wpaja się, że miarą wartości człowieka nie jest to, co posiada i czy uda mu się nie wychylić poza szereg.

Czy to znaczy, że uważam pozwalanie ośmiolatkowi na grę w GTA czy Silent Hill za odpowiednie? Nie, oczywiście, że nie. Dziecko nie rozumie fabuły, kontekstu, konwencji tego typu gier, nie tylko z powodu bariery językowej – odbiera je na pierwszym, podstawowym poziomie i widzi akty przemocy, których nie potrafi sobie zracjonalizować. Myślę jednak, że skoro istnieje spore prawdopodobieństwo, że i tak prędzej czy później zagra w nie lub choćby zobaczy, jak grają inni, to obowiązkiem rodzica jest przygotować dziecko na odbiór takich treści. W jaki sposób? Na przykład tłumacząc różnicę między fikcją a rzeczywistością i wykorzystując konkretne przykłady jako pretekst do rozmów na temat etyki postępowania, oczywiście dostosowanych do wieku. Przypuszczam, że szanse na strzelanie do przechodniów dla czystej frajdy czy popisania się przed kolegami są wówczas niewielkie. Z Mateuszem nikt nie rozmawiał o tym, co zobaczył i w co zagrał, stąd też bezrefleksyjne naśladowanie scen z gier przejawiające się w rozczłonkowywaniu i okładaniu pięściami zabawek (co, swoją drogą, było też ewidentną próbą zwrócenia na siebie uwagi i rozładowania negatywnych emocji).

Rozmowy na temat gier powinny być zresztą rzeczą zupełnie normalną i naturalną, podobnie jak rozmowy związane z wszystkim innym, czym zajmuje się dziecko. My, grający dorośli, mamy tę przewagę nad dorosłymi niegrającymi, że znamy je z doświadczenia i są one dla nas kolejną z płaszczyzn, na których możemy nawiązać kontakt z dzieckiem; zasugerować odpowiedni do wieku i zainteresowań tytuł, a przede wszystkim spędzić razem czas na wspólnej zabawie. Ale nieznajomość egzotycznego i niezrozumiałego dla wielu rodziców hobby nie jest żadnym wytłumaczeniem. Stawianie kategorycznych zakazów z jednej strony lub kompletny brak kontroli z drugiej powodują bowiem, że gry stają się dla dziecka odrębnym światem, do którego nie mają wstępu rodzice – zazwyczaj dlatego, że po prostu nie chcą. A to sprawia, że obie strony oddalają się od siebie, a dystans ten dziecko może dodatkowo wykorzystać w imię źle pojętego poczucia wyższości i „dorosłości” (vide Mateusz chwalący się, że gra w produkcje od 18. roku życia ze świadomością, że wprowadza tym w konsternację swoich rozmówców).

Istotna jest jeszcze jedna kwestia, na którą zwraca uwagę zarówno p. Zawadzka, jak i p. Kątna (i wielu innych psychologów zresztą też). Sporadyczny kontakt dziecka z nieodpowiednimi dla jego wieku treściami nie będzie katastrofą i nie wypaczy mu psychiki pod warunkiem, że poza przygotowaniem na ich odbiór zapewnimy mu środowisko do wzrastania, w którym będzie czuć się bezpieczne i kochane, nauczymy je empatii, ochronimy przed wplątywaniem w konflikty między dorosłymi i będziemy zawsze gotowi, by wysłuchać i porozmawiać, a żaden problem, o jakim opowie, nie wyda nam się błahy. Innymi słowy, to nie okazjonalny widok przejeżdżanego przez walec zajączka stępia wrażliwość dziecka, to permanentny brak emocjonalnej bliskości z mamą i tatą. To nie okazjonalny widok strzelających do siebie ludzi uczy je agresywnych zachowań, to regularne bycie świadkiem awantur między rodzicami. Media mogą co najwyżej wzmocnić proces, który swe źródło ma w zepsutych relacjach międzyludzkich. To ich ofiarą padł Mateusz i wiele innych dzieci, o których słyszymy, czytamy, które widzimy w bliższym i dalszym otoczeniu. Truizm? Być może, ale dopóki wygodne zrzucanie całej winy za zachowanie dzieci na media wciąż ma miejsce, warto, jak sądzę, pisać i mówić o tym jak najwięcej.

Ludo ergo sum – O interaktywnej przemocy inaczej

W tym tygodniu w tekście z cyklu Ludo ergo sum zabieram głos w sprawie, w której każda szanująca się osoba pisząca o grach głos zabrać powinna ;) Spoglądam jednak na temat z nieco innej strony, próbując odpowiedzieć na pytanie, dlaczego powszechne w wielu kręgach przekonanie o większej szkodliwości przemocy w grach w porównaniu z przemocą w filmach jest błędne. Zapraszam do lektury.