O Simogo w „Pikselu”

Hasło „prasa młodzieżowa lat 90.” przywołuje u mnie różne wspomnienia: plakaty z Axlem Rose, fotostory o tytułach w stylu „Na gigancie”, rubryka „Zapytaj Kasię”… Wypatrywanie co miesiąc w kiosku kolejnego numeru „Secret Service” – ani jakiegokolwiek innego czasopisma o grach, skoro już o tym mowa – do nich jednak nie należy. Wspomnienie związane z „SS” mam jedno, dość zabawne – czytanie z wypiekami na twarzy recenzji „Phantasmagorii” w przypadkowo znalezionym u kuzyna numerze i towarzyszące temu przemożne przekonanie, że oto mamy do czynienia ze szczytowym, najdojrzalszym osiągnięciem gier zarówno pod względem formy, jak i treści. Trochę się z tamtej trzynastoletniej siebie śmieję, a trochę jej zazdroszczę.

Tak czy inaczej, wieści o reaktywacji „Secret Service”, imponującą rozmachem zbiórkę środków na ten cel, a następnie kontrowersje wokół okoliczności przemianowania czasopisma na „Pixel”, obserwowałam bez emocji towarzyszących tym, dla których czytanie go było ważną częścią składową dorastania (growego i jako takiego). Niezależnie jednak od nostalgii czy jej braku, decyzję o wydawaniu dziś papierowego magazynu o kulturze gier wideo mam za akt odwagi, a redakcji kibicuję choćby za same ambicje. W pierwszym numerze „Piksela” (premiera wczoraj) znajdziecie mój tekst, w którym wystawiam laur… ekhem… kreślę profil studia Simogo. Napisałam go trochę w ramach walki z „platformizmem”, który dyskryminuje urządzenia mobilne jako rzekomą domenę błahych zręcznościówek, maszynek do wyciągania pieniędzy od graczy i średnio udanych konwersji. Ale przede wszystkim dlatego, że nie skosztować dzieł Simogo to według mnie odmówić sobie jednych z najlepszych doznań growych ostatnich lat.

Przy okazji: niedawno Flesser i Gardebäck opublikowali na swojej stronie darmową, króciutką interaktywną opowieść The Sensational December Machine. Daje ona niezły przedsmak wrażeń, jakie zapewniają ich „duże” tytuły. Bardzo polecam!