W pierwszych słowach mojej recenzji…

„Dear Esther”, adekwatna ilustracja do większości z poniższych punktów.

Paweł Schreiber zanotował pięć sformułowań, za które chciałby dawać po łapach osobom piszącym o grach. (Przyznaję bez bicia – punkt trzeci sama mam na sumieniu! Więcej grzechów nie pamiętam). Zainspirowana tą czarną listą, dorzucam kilka twierdzeń i zwrotów, które równie chętnie wyrzuciłabym z recenzji i publicystyki growej.

    1. „XYZ wreszcie udowadnia, że gry są nie tylko dla dzieci / gry są sztuką / gry potrafią poruszać ważne tematy”. Tego typu zdanie może co najwyżej udowadniać kompleks niższości autora lub autorki. Bardzo chciałabym, żebyśmy mogli w końcu przejść do porządku dziennego nad tymi oczywistościami i przestali traktować konkretne tytuły instrumentalnie, jako dowody na cokolwiek. (Patrz również punkt pierwszy i drugi na liście Pawła).
    2. „Gry są lepsze niż książki / filmy / seriale / komiksy / etc., bo pozwalają wcielić się w bohatera i wpływać na jego losy, zamiast biernie je śledzić”. To sformułowanie, podobnie jak powyższe, wynika z mniej lub bardziej uświadomionej potrzeby udowadniania wartości gier kosztem innych mediów. Interaktywność jest fajna, ale przereklamowana. Każde medium ma swoje środki wyrazu, dzięki którym osiąga efekt artystyczny, i żadne nie są z definicji lepsze od innych.
    3. „To nie jest gra dla wszystkich”. Konia z rzędem temu, kto znajdzie grę – wróć, jakiekolwiek tekst kultury! – który jest „dla wszystkich”. Kurczę, no. Gry jako takie mogą być dla wszystkich, ale konkretne tytuły są dla konkretnych odbiorców. Tego typu zdanie służy zwykle za, pardon le mot, dupochron przy wyrażaniu opinii, co do której autor lub autorka ma obawę, że zostanie źle odebrana (np. gdy chwali kontrowersyjną grę – patrz również punkt następny).
    4. „To nie gra, to doświadczenie”. Sformułowanie podwójnie nieznośne. Po pierwsze, semantycznie sprzeczne: granie jako takie, w cokolwiek, jest takim czy innym doświadczeniem. Po drugie, sugeruje sztuczny podział na gry-gry i gry-doświadczenia, przy czym tylko te pierwsze są „grami właściwymi”, z kolei drugie może mają swoją wartość, ale są jakieś takie dziwne i cudaczne.
    5. „XYZ jest za krótka na swoją cenę / lepiej poczekać na obniżkę / polecam zamówić w preorderze”. W recenzjach gier nie powinno być miejsca na opinie na temat ceny gry, zwłaszcza w stosunku do jej długości czy jakości. O tym mogę rozmawiać z mężem, gdy planujemy miesięczne wydatki, albo z koleżanką, gdy prosi mnie o polecenie dobrego tytułu na skromną kieszeń. Krytycy nie mają podstaw, by sugerować odbiorcom dane decyzje konsumenckie, bo nie znają ich sytuacji finansowej. W dodatku traktowanie gier jak produktów (którymi skądinąd również są) to nie rola krytyki.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s